Cóż za przyjemne i budujące zaskoczenie! Moje pojęcie o chińskiej literaturze pięknej jest nienachalne, więc nie spodziewałem się niczego. A nawet gorzej. Ostatnio odpadłem od pewnego bardzo cenionego dzieła literatury z obcego kraju. Mimo międzynarodowego cmokania krytyki, tekst był dla mnie kompletnie hermetyczny i zwyczajnie się męczyłem. A i tak krąg kulturowy, z którego pochodziła owa powieść był bliższy Polsce niż Chiny. Więc do zbioru opowiadań „Łuskanie bobu w blasku księżyca” pochodzącego z zachodnich, pustynnych Chin pisarza Xue Mo podchodziłem z pewną taką nieufnością.
Już pierwsze opowiadanie – „Dziadek Sinciang” – mnie zauroczyło. Niezwykle prosta, lakoniczna historia ledwie wiążącego koniec z końcem staruszka, który każdy zaoszczędzony grosz i kęs pożywienia oddaje niespełnionej miłości życia. Za młodu ją poślubił, ale wzięli go do wojska dzień po weselu, a gdy po bardzo długich latach przemierzył pieszo powrotne tysiące kilometrów do rodzinnej wioski, od dawna była żoną innego.
Gdybyście mi powiedzieli, że wzruszę się historią młodego małżeństwa, które zmaga się ze złapaną przez lekkomyślność chorobą weneryczną żony, kazałbym Wam się popukać w głowę. A tak było przy lekturze opowiadania „Piękno”. Tytułowe „Łuskanie bobu w blasku księżyca” mnie zszokowało, a najdłuższy tekst z tomu „Dziewczyny i cyjony” wprawił w rodzaj transu, podobny do tego, kiedy czytałem „W oddali” Hernána Díaza.
I kiedy śledziłem westernową walkę o przetrwanie na pustyni dwóch młodych bohaterek, przypomniał mi się Bohumil Hrabal i jego zdanie, że „życie jest straszne, ale ja postanowiłem, że jest piękne.” Jedna z dziewczyn mówi: „Nie mamy wpływu na świat, ale zawsze możemy zmienić podejście.”
Świat Xue Mo jest surowy, bezlitosny jak pustynia, osacza ludzi, którzy muszą się z nim mierzyć tak jak potrafią, starając się ocalić własne człowieczeństwo. Chińczyk pisze wciągająco, plastycznie, co pięknie oddała tłumaczka Marta Torbicka.
Tytuł opowiadania „Piękno” to dobre i zwięzłe podsumowanie tego tomu.
ArtRage

