Swoje w życiu widziałem, ale przeżyć piłkarskie Mistrzostwa Świata 2018 w Chorwacji – bezcenne. Rodzinne wakacje zamieniły się w jedno z najwspanialszych kibicowskich doświadczeń życia. Cały sportowy świat podziwiał chorwackich wojowników i amok jaki wzbudzali w ojczyźnie, a ja tam byłem na miejscu. Zresztą nie tylko sportowy. Tamta reprezentacja i jej droga do wicemistrzostwa świata, nieprawdopodobnie zacięte pojedynki, podnoszenie się z kolan kiedy przegrywali i wydawało się, że nie mają już siły, a więc tamta wspaniała drużyna i kibicujący jej praktycznie cały naród, przekroczyli granice sportu, stali się współczesnym popkulturowym fenomenem.
A ja najpierw w Dalmacji, a potem w Zagrzebiu chłonąłem ten amok. Absolutne doświadczenie piłkarsko-socjologiczne. Od tamtej pory „Igraj moja Hrvatska” Zaprešić Boys, które leciało od świtu do nocy, to mój ulubiony kibicowski kawałek, i kiedy nastawiam w samochodzie na pobudzenie, to gęba sama mi się śmieje. I lubię sobie czasem odpalić na YT prościutki klip o dzieciach, które w 1998 kibicują tej pierwszej wielkiej Chorwacji, a 20 lat później jako dorośli już, pracujący ludzie szykują się na kolejną epopeję.
Ale też Chorwacja słuchała Marko „Thomsona” Perkovića, wojennego weterana, budzącego olbrzymie kontrowersje nawiązywaniem do ustaszowskiego państwa chorwackiego z czasów II wojny. Kiedy witano srebrnych medalistów na ulicach Zagrzebia, piłkarze zaprosili Thomsona na scenę wywołując protesty w kilku europejskich krajach. W ubiegłym roku Thompson zagrał w Zagrzebiu biletowany koncert dla pół miliona ludzi. To tak jakby w Warszawie przyszło posłuchać jakiegoś zespołu 5 milionów widzów.
Wtedy w 1998 nikt z początku Chorwacji nie traktował serio. O ile wcześniej Jugosławii wszyscy się bali, to reprezentację nowego, ledwie 4-milionowego państwa, która błąkała się gdzieś koło 120 miejsca, lekceważyli. Tamten Mundial zmienił wszystko i stał się jednym z mitów założycielskich narodu.
Niesamowicie czyta się o tym co działo się w szatni przed ćwierćfinałem z Niemcami: trener Mirosław Blažević „szybko zrozumiał, że piłkarze są zbyt spięci, by słuchać długich analiz. Zgniótł więc kartki z notatkami i wygłosił płomienną przemowę: »Musicie wyjść na boisko i umrzeć za chorwacką flagę! Pieprzyć 4-4-2, czy 3-5-2, pieprzyć Bierhoffa. Liczy się serce!«”. „Z Niemcami nie zagraliśmy dla siebie – wspominał Slaven Bilić – ani nawet dla Chorwacji. Zagraliśmy dla tych, którzy zginęli.” Chorwacka wojna o niepodległość skończyła się ledwie trzy lata wcześniej, zginęło ponad 20 tysięcy rodaków piłkarzy, którzy grali we Francji.
Tę historię – jak z „Braveheartu”, ale prawdziwą – przeczytałem w książce „Ogniste serca. Opowieść o chorwackim futbolu” Jakuba Kubielasa, który zna się na piłce i na Chorwacji i wspaniale objaśnia fenomen niewielkiego kraju, dla którego piłka jest czymś więcej niż sportem, jest podstawowym elementem tożsamości narodowej.
Opowiada jakim cudem kraj, w którym ledwie dwa kluby mają sensowny system szkolenia stał się piłkarską potęgą. Jest o korupcji i o zamordowanym w czasie wojny dziadku Luki Modricia, którego śmierć naznaczyła drogę jednego z największych współczesnych piłkarzy.
Jeśli kochasz piłkę i walkę, musiałaś na którymś etapie kibicować Chorwatom. Inaczej się nie da. I ta książka jest dla Ciebie.
Wydawnictwo SQN

