Santiago Roncagliolo, „Czerwony kwiecień”

Po pierwsze mam dla Was świetną powieść. A przy okazji interesującą przypowiastkę o gustach czytelniczych.

Ale najpierw „Czerwony kwiecień” Santiago Roncagliolo. Mogę już śmiało stwierdzić, że Peruwiańczyk stał się jednym z moich ulubionych pisarzy współczesnych. Zaczęło się półtora roku temu od „Nocy szpilek”, którą zachwyciłem się takim młodzieńczym entuzjazmem czytelniczym. Już wtedy pisałem: „Oj zrobiła na mnie mocne wrażenie ta powieść. I myślę, że wejdzie do mojego prywatnego kanonu.” Nazwałem ją mrocznym Niziurskim dla dorosłych, przejęty historią czterech nastolatków w targanej przemocą Limie początków lat 90.

Potem ekscytowałem się „Rokiem, w którym narodził się diabeł” i pisałem: „Wyborne Wam niosę czytadło! Inteligentne, łotrzykowskie, pełne zwrotów akcji, skrzące się ironicznym poczuciem humoru, zręcznie osadzone w epoce. Witajcie w roku 1623, w Limie, stolicy Wicekrólestwa Peru.”

No a teraz zachłysnąłem się „Czerwonym kwietniem”, który Roncagliolo napisał 20 lat temu jako ledwie 30-latek i która to powieść rozpędziła jego pisarską karierę. Mamy karnawał 2000 roku, Peru w cieniu wojny domowej rozpętanej przez terrorystyczny Świetlisty Szlak i na pozór niepolityczne brutalne morderstwo w prowincjonalnym mieście Ayacucho. Śledztwo prowadzi zastępca prokuratora okręgowego Felix Chacaltana Saldivar, skrupulatny urzędnik, rozmiłowany w raportach, wzór biurokratycznej przeciętności, który nie rozumie, że niektórych spraw nie należy drążyć, a krwawa przeszłość dysfunkcyjnego kraju nie lubi rozdrapywania. Krew już nie płynie ulicami jak kilka lat wcześniej, ale zatruta nienawiścią, pompuje serca żyjących. Za to znikają rozmówcy naszego prokuratora.

Mam więc powieść jakby skrojoną dla mnie: błyskotliwie napisana i skonstruowana sensacja, osadzona na tle politycznej przemocy w burzliwym historycznym momencie, inteligentna, wnikliwa socjologicznie, pozbawiona złudzeń, okraszona precyzyjnie dawkowanym czarnym poczuciem humoru. Dla mnie bomba.

Ale nagle paczam na profil PigOuta (tu elegancko wkracza zapowiadana przypowiastka o gustach czytelniczych) i dowiaduję się, że „Czerwony kwiecień” zmęczył go jak oglądanie taśmociągu z węglem (to akurat moje porównanie, ale sens zachowany), a już główny bohater jest tak irytujący, że oszaleć można. Hej Pig, no ale przecież o to chodzi! On taki ma być, taki być musi, w tym jego irytujące piękno!

Niemniej skoro Piga „Czerwony kwiecień” nie zachwyca, no to go przecież nie zmuszę do zachwytu, bo jak ma zachwycać jak nie zachwyca, ludzie są różni, kwadratowi i podłużni, de gustibus i tak dalej. Choć przyznam, że chciałem mu wykrzyczeć trawestację historycznej przemowy siatkarza Tomasza Fornala podczas meczu z USA na Igrzyskach Olimpijskich w Paryżu, no bo co kurczę blade!

Ale żeby było jeszcze ciekawiej, PigOutowi zrobiło się przykro, że tak zjechał „Czerwony kwiecień”, bo czuje sympatię do ambitnego repertuaru wydawnictwa ArtRage. Więc na pociechę napisał, jak bardzo zachwycił się artrejdżową dystopijną powieścią „Ja, która nie poznałam mężczyzn” Jacqueline Harpman i że dwa miesiące po lekturze nadal miał ją w głowie. I tu parsknąłem serdecznie, bo ja się umęczyłem przy belgijskiej powieści znacznie i odpadłem w połowie, czyli nawet nie byłem w stanie zadać sobie trudu i zmusić się jak PigOut do dokończenia Peruwiańczyka.

I myślę, że to jest piękne i życiowe. Co powiedziawszy, zaznaczam przy świadkach, że jeśli jeszcze raz mi tak PigOut zbluźnisz, to wchodzę Fornalem na pełnej. Dziękuję za uwagę i pięknego dnia życzę.

Przełożył Tomasz Pindel

ArtRage

Udostępnij:
7