Nie jestem pewien, czy chciałbym poznać Jeremy’ego Clarksona, nawet gdybym miał taką szansę. Może być to doświadczenie bolesne i traumatyczne. Ogólnie uważam, że lepiej nie poznawać własnych idoli. Wiem jednak, że uwielbiam jego pisarstwo – nawet bardziej niż jego spektakularne występy telewizyjne. Sarkazm na poziomie mistrzowskim, złośliwość, polityczna niepoprawność, bezlitosne kpiny z modnych trendów i oczywistości, celne szpile, zaskakujące porównania i absurdalne przenośnie – Clarkson to arcymistrz felietonu, sztuki trudniejszej, niż się wydaje.
Powszechnie wiadomo, że najbardziej lubimy „piosenki, które znamy”, a w przypadku Diddly Squat. Tylko krowa zdania nie zmienia dostajemy podwójne bingo. Najpierw jest radość z oglądania kapitalnego serialu dokumentalnego na Amazonie, gdzie Clarkson podejmuje się prowadzenia swojej 400-hektarowej farmy, kupionej wiele lat wcześniej. Cudeńko, polecam serdecznie. Potem mamy książkę z felietonami z tego pierwszego rolniczego roku („Diddly Squat. Rok na farmie”), a teraz część druga, którą skądinąd można czytać bez znajomości pierwszej części.
Znów chichotałem i rżałem, ale także wpadałem w rodzaj rozrzewnienia, bo wcale się nie dziwię, że Clarkson stał się bohaterem brytyjskich rolników i farmerów. Diddly Squat to nieprawdopodobnie zabawny i sarkastyczny, ale jednocześnie liryczny hołd dla ciężko pracujących ludzi, często nierozumianych i wyśmiewanych, niezależnie od tego, czy są to mieszkańcy Wysp, czy Polski. Zresztą książka jest dedykowana „wszystkim rolnikom na świecie.”
Clarkson serwuje anegdotę za anegdotą, wspaniale żartując z własnego uporu i nadal miernej wiedzy o rolnictwie. Chwali się, że przynajmniej opanował sztukę narzekania, jak na prawdziwego rolnika przystało. Zauważa, że ładowanie ziarna na przyczepę jest dużo bardziej skomplikowane niż pilotowanie śmigłowca szturmowego Apache, uważa, że urzędnicy ministerstwa rolnictwa mają intelektualne predyspozycje do zabawy z ośmiolatkami (chociaż dzieci przynajmniej nie szkodzą), i tłumaczy, jak wpakował swojego traktora Lamborghini w słup telefoniczny.
Wspaniała, rebeliancka zabawa.
Przełożył Michał Jóźwiak.
Wydawnictwo Insignis

