Przedni reportaż historyczny nasączony głęboką wiedzą i jeszcze głębszym absurdem. Trochę nie wiedziałem, czy śmiać się, czy płakać. No, może nie płakać, a westchnąć głęboko i zadumać się, jak epoki się zmieniają, a pewne elementy polskiego odlotu są niezmienne.
Zaczerpnięty z Witkacego tytuł Bzik kolonialny. II Rzeczpospolitej przypadki zamorskie ustawia narrację dziennikarza Grzegorza Łysia, autora bardzo ciekawej biografii Bronisława Malinowskiego Dzikie żądze. Dzisiaj w dyskusjach często pada argument na obronę polskiego punktu widzenia, że nie mieliśmy kolonii (zostawiam na boku kwestię, czy Kresy miały czy nie miały charakter kolonii, bo rozpoczęcie tego tematu to zaproszenie do piekła). Książka Łysia jest o tym, jak bardzo, ale to bardzo chcieliśmy mieć te kolonie. Nawet pod rozbiorami, kiedy nie mieliśmy swojego państwa, ten i ów śnił o koloniach. Swoją drogą „Bzik kolonialny” to wspaniała panorama fascynujących postaci, nadających się na filmy i kolejne książki.
W II RP idea kolonialna stała się jednym z filarów budowanej mocarstwowej tożsamości. Kolonie nam się należały jako zadośćuczynienie, sposób na wyjście z biedy, zaradzenie przeludnieniu wsi i pozbycie się Żydów. W Niedzielę Palmową 1938 roku potężna Liga Morska i Kolonialna kończyła tydzień Dni Kolonialnych, podczas których setki tysięcy, jeśli nie miliony, uczestników domagały się „kolonij”. W fabrykach, szkołach, na wiejskich rynkach i ulicach miast (w samym Poznaniu – 40 tysięcy) gromadzono się na apelach kolonialnych.
W swych notatkach minister spraw zagranicznych Józef Beck pisał, że „w dziedzinie spraw tzw. kolonialnych przeszła przez Polskę fala dziecinnej wprost ekscytacji”, ale oficjalna propaganda głosiła, że kolonie są Polsce niezbędne, należą się i już. „Idea kolonialna – pisze Łyś – stanowiła część mitu Polski mocarstwowej, fundamentu ówczesnej władzy, który tę władzę umacniał i legitymizował (…) Fikcja kolonialna miała skierować uwagę Polaków na perspektywy przyszłej potęgi i dobrobytu, zapobiegając załamaniu się nastrojów społecznych. Wyimaginowane kolonie służyłyby zatem w zamiarach rządzących pocieszeniu strapionych, zaradzeniu kompleksom oraz pokrzepieniu serc i ogólnym wzmocnieniu morale narodu.”
A co do tego morale. Jesienią 1935 roku Włochy Mussoliniego napadły na niepodległą Abisynię (Etiopię), bo wódz i naród chcieli mieć swoje kolonie. Ku zaskoczeniu Europejczyków, słabiej uzbrojone wojska etiopskie broniły się zaciekle przez 6 miesięcy. Komu sprzyjała polska opinia publiczna, opinia narodu, który dopiero co wyzwolił się ze 123-letniej okupacji? Ano Włochom, podziwiając ich determinację i nieugiętą wolę w podboju afrykańskiego państwa.
Bzik to także bardzo ciekawa, uniwersalna opowieść o idei kolonializmu i o tym, jak ekstrawaganckie idee potrafią zawładnąć trzeźwymi, wydawałoby się, umysłami.
Foto: Barbara Meller
Wydawnictwo W.A.B.

