Mam dla Was super polecajkę, ale od razu zaznaczam, że to rzecz dla specyficznych smakoszy. A mianowicie dla wkręconych w klimaty żydowskie i doceniających amerykańsko-żydowskie poczucie humoru. Bo Rodzina Netanjahu. Wspomnienie przelotnego, a w ogólnym rozrachunku zupełnie nieistotnego zdarzenia w historii bardzo sławnej familii, urodzonego w 1980 roku Joshuy Cohena, jest zabawna jak cholera, skrzy się inteligencją i erudycją, jest świetnie i stylowo napisana (powieść dostała zeszłoroczną nagrodę Pulitzera), nieźle pokręcona i totalnie żydowska.
Mamy rok 1959, prowincjonalny amerykański uniwersytet i Rubena Bluma, jedynego wykładającego na nim Żyda. „Chodziłem wiecznie wzdęty, spięty i przejęty: napędzane czystą zgrozą ucieleśnienie stereotypu niezdarnego, przeintelektualizowanego, samokrytycznego Żyda, którego wykpiwaniem najróżniejsi pisarze i artyści, z Woodym Allenem na czele, dorobili się absurdalnych finansowych i seksualnych korzyści”. Ale nasz autor jest cudownie złośliwy i dowcipny, kiedy opisuje rodziców i teściów bohatera, jak połączenie Pohamuj entuzjazm Larry’ego Davida i Poznaj mojego tatę. Koszmarny tata, koszmarna teściowa i córka, która chce zrobić operację zbyt żydowskiego wedle niej nosa.
I tu wchodzi cały na biało dziekan Rubena, który składa mu prośbę nie do odrzucenia: jako jedyny Żyd na uczelni ma zaopiniować zatrudnienie izraelskiego historyka, niejakiego Bencijona Netanjahu. Wszystko pójdzie wspaniale i absurdalnie źle. Nacjonalizm i opryskliwość wyjątkowo nieprzyjemnego gościa doprowadzają Bluma do szału, jeszcze gorsza jest żona Netanjahu, a w pakiecie trzej turbodoładowani synkowie. I tak, średni syn to Beniamin, przyszły i dzisiejszy premier Izraela, jego starszy brat Joni, narodowa legenda, zginął w 1976 roku, dowodząc udaną akcją odbicia zakładników na lotnisku Entebbe w Ugandzie, a my, czytając powieść, zastanawiamy się, co jest prawdą, a co fikcją. W rozplątaniu spraw pomaga zaskakujące posłowie autora.
W absurdalny komediodramat wpleciona jest jak najbardziej poważna dyskusja o żydowskim losie, strachu, roli i sensie historii oraz o tym, czy zawsze piszą ją zwycięzcy. Parę nazwisk już padło, więc dodam, że jeśli lubicie Philipa Rotha, to koniecznie bierzcie się za Cohena, podobnie jak jeśli bawił Was serial Lucky Hank.
Przełożyła (super) Aga Zano
Wydawnictwo AGORA

