Christophe Lebold, „Leonard Cohen. Świadek upadku aniołów”

Zupełnie nie spodziewałem się takiej księgi i nie o objętość chodzi. Dałem się porwać, pochłonąć i wprowadzić w trans. I w miarę zagłębiania się w życie Leonarda Cohena, spoglądałem na nowo na moją datującą się od czasów licealnych miłość do kanadyjskiego barda. Teraz dzięki tej wspaniałej biografii układałem sobie rozumowo i duchowo to co przez lata było emocjami.

Jak pisze w interesującym wstępie Filip Łobodziński, który „Leonarda Cohena. Świadka upadku aniołów” przełożył wspaniale, z czułością i pietyzmem: „Książka Christophe’a Lebolda nie jest typową biografią muzycznego gryzipiórka. To de facto esej literacko-filozoficzny, sumiennie wsparty udokumentowanymi faktami, ale poprowadzony wedle kilku naczelnych myśli, wynikających zarówno z głębokiej analizy twórczości Cohena, jak i z jej podglebia duchowego, użyźnianego tradycjami judaizmu, chrystianizmu i buddyzmu.”

Tak, dostaniecie anegdoty, historie, wielkie nazwiska, miłości długotrwałe i chwilowe, dostaniecie „życie tak pełne naturalnego dramatyzmu, jakby ktoś je wymyślił”, dostaniecie opowieści o tym słynnym głosie, który „pod wpływem ścisłej diety złożonej z papierosów, whisky i zaglądania w otchłań, nabrał cech sejsmicznego basu”, ale co dla mnie było objawieniem, dostaniecie prawdziwą Księgę, którą czyta się jak przypowieści.

Ta Księga ma trzy prologi, do wyboru, jak kto woli, z której strony chce się do Cohena podejść. Autor nawet sugeruje, że można czytać je nie po kolei, skacząc sobie po biografii. A więc Cohen – badacz ludzkich upadków i nieokiełznanego ciążenia egzystencji. Pisze „piosenki, które przynoszą nam ulgę rytmem walczyka, ale stanowią broń wycelowaną prosto w serce.” Cohena – prorok serca rozumianego w sensie biblijnym „na oznaczenie nie tylko ośrodka emocji, ale przede wszystkim centrum ludzkiej duchowości”.

Ten Cohen kapłan (to właśnie znaczy po hebrajsku jego nazwisko) mówi: „Nie chcemy żyć lekkomyślnie. Nie chcemy żyć powierzchownie. Powaga to coś bardzo zmysłowego, czego jesteśmy głodni, a niewielu ludzi stać na taki luksus. Dlatego życie staje się płytkie, a serce zamyka się w stanie nieznośnego zwątpienia.” I jednocześnie co sumuje biograf: „Świat jest poważną sprawą, ale to doskonały pretekst, by się z niego śmiać.”

Jest Cohen wędrowca, Żyd tułacz, przemierzający kolejne pokoje hotelowe, z tym samym czarnym garniturem na sobie, czasem osiądzie gdzieś na chwilę: „tak właśnie myśliciel jezuicki Michel de Certeau określił życia, którymi kieruje powołanie: ‚niezaplanowane podróże’” Cohen wszędzie czuje się u siebie i wszędzie jest obcy.

I jest „zew od życia, które błagało o to, by je przeżywać i od dzieła, które błagało o to, by je tworzyć. Trzeci zew przekształcił Leonarda w zawodowego romantyka, który zdołał uwieść świat – był to zew kobiecego piękna, a więc tego, czemu nigdy nie był w stanie się oprzeć. Ten potrójny zew stał się źródłem trojakiej kariery: arcykapłana, bawidamka i poety. Niczego w tej intrydze nie brakuje, nawet nieodzownych przeszkód, a zwłaszcza nieustającej walki z otchłanią, którą William Styron (cytując Miltona), w swoim potężnym eseju na temat depresji nazwał ‚ciemnością widomą’”

I dalej pisze Christophe Lebold: „W toku swej wędrówki przez życie Cohen cieszył się przywilejem bycia protagonistą czterech równoległych powieści i wszystkimi żydowskimi bohaterami naraz. Jak Abraham przemierzył cały świat i wszędzie starał się czuć jak u siebie – i to była pierwsza powieść: tułaczka Leonarda. Jak król Dawid pisał niebu psalmy i płonął dla kobiet – to powieść o żądzy i niepohamowanej sile przyciągania. Jak Jonasz grał ze Stwórcą w chowanego, ale najbliżej Niego znajdował się wówczas, gdy sądził, że ukrył się w sposób doskonały – to powieść (niekiedy komiczna) o poszukiwaniach duchowych Leonarda. I jak Jakub walczył z aniołem (czarnym aniołem melancholii) w nadziei nie na zwycięstwo, ale na błogosławieństwo o świcie, gdy będzie ranny, ale nie pokonany – to epicka powieść o walce Leonarda z ciemnością.”

I jest cohenowska poetycka teologia miłości rządząca się ledwie kilkoma zasadami. Wszyscy jesteśmy złamani. Serce przeznaczone jest do łamania. „Miłość nie jest szczęśliwym zbiegiem okoliczności, ale naszą rzeczywistą kondycją, na którą w związku z tym nie ma lekarstwa.” I wreszcie: „blask wnika w nasze życie jedynie przez pęknięcia i rysy, dzięki czemu nasze złamane serca stają się rydwanami łaski. Innymi słowy – tylko przegrani są piękni.”

„Dla Cohena rzeczywistość ma zdecydowanie metafizyczny wymiar. Pod społeczną i psychologiczną powierzchnią życia rozgrywają się wewnętrzne dramaty i prządą nić drugiego ‚ukrytego życia’, od którego nie ma ucieczki: życia serca.” Więc całe życie dręczy go pytanie: „co mamy uczynić z naszym sercem, z jego nieskończoną podatnością na rozpacz i nieustającym głodem miłości.”

Ten „metafizyk złamanych serc” wybrał piosenkę jako narzędzie. Jak mówił: „Piosenki służą sprawom ważnym. Przywoływaniu Miłości. Leczeniu popękanych nocy.” I jak dodaje Lebold: „W trzy lub cztery minuty słowa piosenki mówią wszystko co było do powiedzenia: żyjemy, kochamy, płoniemy, umieramy. A harmonia brzmieniowa przez cały czas pozwala ci zapomnieć o wszystkim, co wywołało twoje wyobcowanie. Piosenki są sanktuariami, w których znajdujemy otuchę – miejscami głębokiego, autentycznego pocieszenia.”

Trudno wyrazić słowami jak wielkie pocieszenie przyniósł mi „Świadek upadku aniołów”, może dlatego ta polecajka jest tak nietypowo długa. Dla wielbicieli Cohena, których w Polsce tłum, lektura biografii będzie czystą rozkoszą. A przed tymi, którzy chcą przeczytać coś poważnego, dobrego, co szarpnie ich za serce w cohenowsko-biblijnym rozumieniu, no to przed tymi z Was – wspaniała droga.

Znak Literanova

Udostępnij:
7