Stacja zaginionych” na Disney+ — bardzo dobry francuski serial kryminalny. Na faktach, ale nie dla wszystkich. Ćwierć wieku temu, we francusko-katalońskim Perpignan, w okolicach dworca kolejowego znika młoda, atrakcyjna brunetka, a trzy inne w jej typie zostają w bestialski sposób zamordowane.
Flore, młoda policjantka, rozpoczyna służbę w dniu, kiedy odnalezione zostaje pierwsze ciało. Sprawie poświęci ponad dwadzieścia lat. Bardzo podobał mi się niemal paradokumentalny sznyt opowieści, znój śledztwa, błędy, dłubanie, procedury, frustracje. I dlatego też zastrzegłem, że to nie propozycja dla wszystkich. Tu akcja nie gna, czasem kręci się w kółko, ślepa uliczka następuje po ślepej uliczce, a niektóre tajemnice pozostaną tajemnicami. To, co mnie ujęło — głęboka, jak sądzę, prawdziwość tej opowieści — kogoś innego może znudzić.
I najważniejsze: rzygać mi się już chce od popularnych teraz seriali i filmów o seryjnych psychopatycznych mordercach. Większość tych produkcji to obleśna pornografia śmierci, robienie ze zwyroli atrakcyjnych bohaterów. W „Stacji zaginionych” jest dokładnie na odwrót, tak jak powinno być: bohaterami są ofiary i ich rodziny, czujemy ich bezgraniczny ból i cierpienie, a łajdacy i zwyrole są łajdakami i zwyrolami. Nie nimi się przejmujemy, tylko tym, czy jest miejsce na miłość po niszczącej cały nasz świat tragedii. Ten serial jest w jakimś sensie hołdem dla rodzin ofiar.
Jak mówi pytana przez dziennikarkę matka jednej z ofiar: „Szkoda, że rozmawiamy tylko o mordercy. Wolę rozmawiać o mojej córce. Jaka jest piękna i silna. Jest o wiele ciekawsza od zabójcy.”
Wspaniała jest Camille Rabat w roli Flore. Gra minimalistycznie, ale co tam się dzieje na jej twarzy! Czujemy jej tłumione emocje, ogień, zimną furię, demony, traumy i strachy. I ten monolog jej bohaterki w czwartym odcinku, wygłoszony zmęczonym, monotonnym głosem do przemocowego policyjnego kolegi, a raczej do samochodowej szyby:
„To przez takich jak ty nie możemy wracać spokojnie do domu. Boimy się ataku. Nie możemy ubierać się tak, jak chcemy, bo ktoś może nas obrazić. Nie możemy swobodnie tańczyć, bawić się, śmiać. Musimy zerkać na zegarek, gdy wracamy do domu, zastanawiać się, czy możemy wracać same. Jeśli zbyt długo na kogoś spojrzymy, zastanawiamy się, czy przejść przez ulicę, zmienić miejsce w autobusie, przesiąść się. Czy będziemy musiały się bronić i czym? Co mam w torebce? Klucze? Jeśli się zakocham, powiem sobie: „Mam nadzieję, że to nie jakiś wariat, który zacznie mnie bić.” Musimy mieć oczy szeroko otwarte. Musimy się upewniać, że drzwi do budynku się za nami zamknęły. A gdy przydarza nam się coś poważnego, każdy ma to w dupie.”
Świetne kino, mocne i po dobrej stronie.

