„Sałatka grecka”

Mam wielki sentyment do „Smaku życia” Cedrica Klapischa z 2003 roku. Oglądałem zabawną i uroczą opowieść o stypendystach Erasmusa w Barcelonie i żałowałem, że akurat na tę przygodę się nie załapałem. No i ci wspaniali, młodzi wówczas aktorzy: Romain Duris, Audrey Tatou, Kelly Reilly czy Cecile de France.

Dwójka i trójka były znacznie słabsze, a po latach reżyser wrócił do pomysłu i nakręcił serial — „Sałatkę grecką” — o pokoleniu dzieci tamtych bohaterów. Zamiast Barcelony mamy Ateny, a Erasmusa zastąpił ośrodek dla nielegalnych imigrantów. Ale znowu mamy hymn na cześć młodości, super świeżych aktorów z różnych krajów (Francja, Grecja, Czechy, Syria, Chorwacja, Burundi, Włochy etc.), fajnie nakreślone postacie, poczucie humoru, bezpruderyjne podejście do relacji intymnych we wszelakich układach płciowych.

Jest trochę naiwnie i bardzo francusko, w sensie takiego sympatycznego popkulturowego ciasteczka. Jak ktoś ma lewicowe poglądy, zwłaszcza w sprawie regulowania imigracji, to się wspaniale w „Sałatce” odnajdzie. Ale i ja, mimo że mam odmienne podejście, dałem się zauroczyć i oglądałem z uśmiechem i życzliwością. Bawiły mnie też kpiny i szydera dwudziestolatków z pokolenia ich rodziców, którzy myśleli, że świat już będzie tylko piękniejszy, i wspominali swojego Erasmusa jak jednocześnie lądowanie w Normandii i matkę wszelkiego dobra.

„Smak życia” nazywał się w oryginale „Auberge espagnole” — oberża hiszpańska. Po francusku ten idiom oznacza miejsce, do którego każdy przynosi coś własnego: jedzenie, ale też kulturę i tożsamość. I w tej oberży wszystko się miesza. Jak w sałatce greckiej.

Moje dzieci są trochę za małe, ale fajnie ten serial pooglądać w dwa pokolenia.

Na Prime Video.

Udostępnij:
7