„Oddział dla zuchwałych”

Pożerając w dwa wieczory „Oddział dla zuchwałych”, bawiłem się jak nastolatek oglądający kiedyś „Parszywą dwunastkę”, „Działa Nawarony”, „Tylko dla orłów” czy „Złoto dla zuchwałych”.

Tyle że „Rogue Heroes” (bo tak się nazywa w oryginale) nie jest fikcją. Opowiada o początkach elitarnej i legendarnej brytyjskiej jednostki specjalnego przeznaczenia – SAS. Serial oparto na reportersko-historycznej książce o tym samym tytule angielskiego dziennikarza Bena Macintyre’a, a entuzjastyczną recenzję serialu napisał Antony Beevor, jeden z najwybitniejszych historyków II wojny światowej.

I jest to petarda. Z czarnym brytyjskim poczuciem humoru opowiada historię kompletnie porąbanych osobników: marzycieli, awanturników, alkoholików, wyrzutków społecznych, którzy w czasach pokoju mieliby problem z normalnym funkcjonowaniem w społeczeństwie (i ci, co przeżyli, po wojnie – mieli), ale na wojnie stali się bohaterami pełnych podziwu opowieści.

Akcja serialu toczy się w rytm punkrockowej muzyki, okraszonej dodatkowo AC/DC czy Motörhead, i ten ahistoryczny zabieg był świetnym wyborem. Bo to jest punkowa, łobuzerska opowieść. Ktoś mówi o twórcy SAS, Davidzie Stirlingu, że działa tak, „jakby szukał wątków do swojej autobiografii”, i nie jest to komplement. Gdy robią nabór, odpadają ci bez nagan w papierach czy bójek. Realiści i zdroworozsądkowi nie są mile widziani.

Z pierwszej akcji, z 55, którzy polecieli, wróciło 22. Piloci, którzy ich wieźli, ostrzegali, że desant powietrzny w czasie szalejącej nad Saharą burzy piaskowej to czyste szaleństwo i samobójstwo. SAS tę pierwszą misję – cudem – wykonał. Gdyby im się nie udało, Stirling i koledzy przeszliby do historii jako nieodpowiedzialni awanturnicy, którym życie własne i towarzyszy było niemiłe. Zresztą nigdzie by nie przeszli, nikt by o nich nie pamiętał. Ale wygrali, dokonali mission impossible, pierwszej z wielu, i stali się legendą.

Super opowiedziana, świetnie zagrana historia między „Highway to Hell” i „I Fought the Law”.
Na Canal+.

Udostępnij:
7