„Dolina łez”

„Dolina łez” to jeden z najlepszych seriali, jakie ostatnio obejrzałem i który cały czas jest we mnie, a jednak nie od razu o nim napisałem. Dlaczego?

Chyba zmroził mnie znajomy, który napisał, że to takie izraelskie „Czterej pancerni” — czyli tandetna propagandówa. Tak pisał: „Serial konsekwentnie oczernia działalność syjonistycznej lewicy, poczynając od zrobienia z Gołdy Meir i Mosze Dajana symboli klęsk Izraela, co jest poważną manipulacją. Serial konsekwentnie umniejsza rolę europejskiej syjonistycznej lewicy w powstaniu państwa Izrael, a uwypukla rolę emigracji z państw Bliskiego Wschodu”.

Pisze mój kolega, że to izraelski pisowski serial, propagandówa prawicy.

Nie zgadzam się. Po pierwsze, nasza nieutalentowana pisowska prawica zesrałaby się, kupiła parę gazet za publiczne pieniądze, a nie potrafiłaby zrobić takiego serialu, bo do tego potrzeba talentu i uzdolnionych ludzi. PiS tego nie ma.

Tak, to serial wojenny, konkretnie o wojnie Jom Kipur z 1973 roku, kiedy wszystkie możliwe państwa arabskie zaatakowały Izrael w czasie najważniejszego ze świąt (coś jak Niemcy napadający na Polskę w Boże Narodzenie) i kiedy żydowskie państwo stanęło na krawędzi zagłady.

„Dolina łez” nie jest patetyczna, nie mówi dużymi literami, ma mnóstwo niedociągnięć, ale zostanie ze mną na długo. To kilka na maksa poruszających ludzkich historii, w tym ściganych przez policję lewicowców, którzy nienawidzą opresyjnego Izraela, ale idą za niego walczyć, lewackiego ruchacza, który szuka syna i staje wobec wyboru, kiedy nadchodzi moment ostateczny. To kameralna historia, nie ma tu wielkich bitew.

W takim aspekcie czysto filmowym to osiągnięcie na miarę „Kompanii braci” czy „Pacyfiku”.

Nie ma tu pompatycznego „a co, jeśli Izrael przestanie istnieć?”, a o to przecież chodziło wtedy arabskim wojskom. Syryjczycy mieli się kąpać na plażach Tel Avivu.

Jest gorzko o przywódcach i ze zrozumieniem o wrogach. I o tym, że Izrael, jak przetrwa, wykorzysta tę wojnę do budowania państwa policyjnego.

O ojcach, co by odesłali daleko synów, by nie spoglądali w mrok nieustających wojen.

O rasowych podziałach w Izraelu, o chłopaku „czarnym” Sefardyjczyku, który nie wierzy, że może poderwać „białą” (np. polską) Aszkenazyjkę.

To opowieść o tym, że chcą zajebać nasz kraj, nie wiemy, czy przetrwamy, na pewno zginą nas tysiące, ale musimy walczyć.

I nie ma happy endu, i kilka wątków łamie mi serce.

Tak, to może nie jest wybitny serial, ale taki, że zostanie ze mną na lata. Wiecie, pod powiekami.

Udostępnij:
7