Długo się zbierałem do „Moblandu” („Strefa gangsterów”), a w zasadzie wcale się nie zbierałem, bo jakiś czas temu obraziłem się na Guya Ritchiego. O ile zakochałem się w jego wczesnych filmach – „Porachunkach”, „Przekręcie” – o tyle w ostatnich latach coraz bardziej drażniło mnie jego powtarzanie się, manieryczność na granicy autoparodii. Taka trochę zawiedziona miłość fana. Co prawda w „Moblandzie” był tylko producentem wykonawczym i wyreżyserował dwa odcinki, ale za bardzo mi się skleił z produkcją.
Po drugie – serio mam oglądać kolejny serial o gangsterskich rodzinach? No ileż można. Przecież znamy na pamięć wszystkie elementy tej układanki. I jakoś mi nie pasowali Pierce Brosnan i Helen Mirren do mafijno-seniorskiego małżeństwa. Aha, teraz to już na bank podpadnę wielu z Was, ale nawet Tom Hardy mnie irytował od jakiegoś czasu tą swoją jedną miną.
Dlaczego więc w końcu odpaliłem „Mobland”? Chyba tak mnie wkurzył „Obcy. Ziemia” upakowaniem trzystu grzybów w jednym barszczu i kierowaniem narracji do nastolatków, i to takich mniej lotnych, że stwierdziłem, iż „Mobland” raczej gorszy nie będzie, a przynajmniej podobno skierowany jest do osób dorosłych.
O ja cię. Ależ to jest dobre. Tak, wszystkie elementy układanki o walce dwóch gangsterskich rodzin o władzę znamy, ale jak to jest zrobione i zagrane! W dwa wieczory obejrzałem dziesięć odcinków i jestem zachwycony. Brosnan szaleje, jest absolutnie odrażający (jak mówią jego bliscy – „Henryk VIII przy nim to amator”) i niestety również powabny. Helen Mirren jako kompletnie psychopatyczna lady Makbet wywołuje chęć mordu. Tom Hardy w roli fixera gangsterskiej rodziny Harriganów gra tak, a może po prostu jest sobą, że oczu nie mogłem oderwać. Co wyciągnie rodzinę z bagna, to psychole odwalają jeszcze bardziej chore fajerwerki. Znakomity jest Paddy Considine jako jeden z synów Brosnana. Pomniejsze role również świetne.
I spokojnie stawiam „Mobland” na wirtualnej półce obok „Sopranos”, „Gomorry”, „Zakazanego Imperium”, „Suburry” i „Peaky Blinders”.
Na SkyShowtime.

