Mick Herron, „Kulawe konie”

Tak mnie naszło ostatnio, że przeczytałem po raz kolejny Wiernego ogrodnika (mój ulubiony Le Carré, skądinąd zekranizowany w wyjątkowo irytujący i pretensjonalny sposób) i Małą doboszkę, poprawiając świetnym miniserialem na podstawie mistrza, czyli Nocnym recepcjonistą. Popadłem w lekką melancholię, że nie będzie już nowych dzieł autora Ze śmiertelnego zimna. Zastanawiałem się, jak mam się pocieszać po jego odejściu, przecież nie będę ciągle czytał od nowa dobrze mi znanych powieści (nie będę, hmmm?), kiedy dobra dusza podrzuciła mi nazwisko „Mick Herron”. Wziąłem się więc za Kulawe konie, powieść, która przerodziła się w cykl, i bum! Szaka laka, mam to! Niepodrabialnie brytyjski w swym sarkastycznym poczuciu humoru, inteligentny i gęsty od treści thriller szpiegowski.

Przede wszystkim świetny pomysł: zbiorowym bohaterem powieści jest biuro o nazwie Slough House – miejsce zesłania agentów i szpiegów, którzy koncertowo dali ciała (schrzaniona misja, niedbalstwo, narkotyki, alkoholizm, sprawy męsko-damskie, polityka etc.), i których tak naprawdę wywiad chciałby się pozbyć, ale z różnych powodów (prawnych, układy personalne) nie może. Zsyła ich więc do Slough House, licząc, że przegrywy, tytułowe kulawe konie (slow horses), same zrezygnują i odejdą. Świetnie wyszkoleni fachowcy siedzą więc, przerzucają papiery, mają zakaz podejmowania jakichkolwiek działań, frustrują się, klną na cały świat, licząc na cud powrotu, mimo że zdają sobie sprawę, iż ich życie zawodowe nieodwołalnie legło w gruzach. Aż pewnego dnia zostaje uprowadzony młody chłopak, a porywacze zagrożą jego ścięciem w ciągu 48 godzin…

Herron pięknie prowadzi narrację, naświetlając ją z perspektywy różnych rezydentów Slough House, ze smakiem, po brytyjsku miesza cynizm, czarne poczucie humoru i pozorny brak emocji, które aż kipią pod powierzchnią i maskami. Bardzo mi się spodobała internetowa recenzja zawiedzionego czytelnika, że nie ma ciągle gnającej do przodu akcji, za to są pogłębione portrety psychologiczne bohaterów, co oznacza, że to lektura dla dojrzałych odbiorców. A i owszem, moi drodzy, pyszne to ciasteczko.

W Kulawych koniach jeden z rezydentów Slough House wspomina, jak w dzieciństwie dostał w prezencie od dziadka, wybitnego szpiega, kolekcję wszystkich powieści Le Carré z dedykacją: „Są wymyślone. Ale to nie znaczy, że nie są prawdziwe”. Jacksona Lamba, szefa Slough House, zagra w serialu wspaniały Gary Oldman, który wcielał się w postać George’a Smileya, ulubionego bohatera Le Carré. Przypadek? Nie sądzę.

Udostępnij:
7