Łukasz Cieśla, Jakub Stachowiak, „Dziennikarz, który wiedział za dużo. Dlaczego Jarosław Ziętara musiał zginąć?”

Dawno nie czytałem tak mocnej i dobrze napisanej mieszanki mrocznego kryminału i thrillera politycznego. Tylko że to nie powieść, lecz książkowy reportaż śledczy o wielkiej tajemnicy i grzesznych korzeniach zrodzonego po 1989 roku państwa polskiego.

1 września 1992 roku wyszedł z domu i zaginął 24-letni reporter „Gazety Poznańskiej” Jarosław Ziętara. Po zbyt wielu latach prokuratura uznała, że został porwany, torturowany i zamordowany. Oskarżono jednego z niegdyś najbogatszych Polaków (a może tylko kabotyńskiego słupa naprawdę potężnych ludzi z dawnych komunistycznych służb i aparatu władzy) Aleksandra Gawronika oraz dwóch ochroniarzy Mariusza Ś., twórcy potęgi Elektromisu. Procesy nadal trwają. Ciała młodego reportera nigdy nie znaleziono. Rozkaz o zamordowaniu Ziętary miał paść w siedzibie Elektromisu, ale szef holdingu Mariusz Ś. nigdy nie dostał zarzutów. Ten były kryminalista, holowany przez komunistyczną bezpiekę i milicję, sam później budujący potęgę swojej organizacji w oparciu o byłych esbeków, milicjantów i zwyczajnych bandytów, w Poznaniu był zawsze bezkarny. W Polsce był bezkarny. Ostatnio wpadł dopiero w kłopoty, ale tylko dlatego, że próbował oszukać amerykańskich partnerów biznesowych.

Przed zniknięciem Jarosław Ziętara interesował się Elektromisem i Mariuszem Ś. Został kontrolnie pobity przez jego ochroniarzy.

Książkę Dziennikarz, który wiedział za dużo. Dlaczego Jarosław Ziętara musiał zginąć? napisali dwaj świetni i doświadczeni fachowcy: Łukasz Cieśla, wieloletni reporter „Głosu Wielkopolskiego”, dziś w Onecie, oraz Jakub Stachowiak, reporter śledczy „Superwizjera” TVN, piszący do najważniejszych gazet, siedmiokrotnie nominowany do nagrody Grand Press za dziennikarstwo śledcze i telewizyjne, w 2011 roku jej laureat. Cieśla i Stachowiak wykonali ogrom roboty. Dotarli do świadków nieznanych prokuraturze i zdobyli informacje, których ta nie posiadała, nawet wtedy, gdy po latach za sprawą prokuratora Piotra Kosmatego wzięła się na serio do pracy.

Autorzy jak psy gończe idą za każdym tropem, który pozwala naświetlić kontekst sprawy. Gdy wydaje nam się, że widać światełko, pojawia się nowy wątek. Jakby mało było komunistycznych służb, Elektromisu, niebezpiecznych ludzi Mariusza Ś. i innych poznańskich biznesmenów, na scenę wchodzi Urząd Ochrony Państwa niepodległej już III RP i wywiad, który werbował Ziętarę. UOP podrzucał Ziętarze tematy i potem kłamał (przez 19 lat!), że nie miał z nim nic wspólnego. Są rozmówcy autorów, którzy uważają, że za zniknięciem młodego dziennikarza stoi właśnie UOP, a większość się zgadza, że gdyby w odpowiednim czasie służby chciały, tajemnica zostałaby wyjaśniona, a sprawcy ukarani. Cieśla i Stachowiak konsekwentnie próbują rozwikłać tajemnicę wieloletniego zamiatania sprawy pod dywan przez instytucje i ludzi, którzy z racji piastowanych stanowisk powinni dążyć do jej wyjaśnienia.

Czytając Dziennikarza, który wiedział za dużo, przypominałem sobie pierwsze Psy Pasikowskiego (pojawiają się w książce). Łapałem się na myśli, że film wydaje się w miarę lajtową opowieścią w porównaniu z ezoterycznym Poznaniem lat 90., ówczesną stolicą polskiego biznesu, opisaną przez Cieślę i Stachowiaka. Miasto trzymane w szponach przez biznesmenów pokroju Mariusza Ś., którzy mają na zawołanie policję, polityków, prawników, profesurę, dziennikarzy. Wielu do dzisiaj nie chce o tym mówić, wielu się boi, wielu udaje, że nie wie, o co chodzi.

Nie znajdziecie w książce jasnej odpowiedzi, kto i w jaki sposób jest odpowiedzialny za los Jarosława Ziętary. Ale nie przeczytacie w tym roku lepszego kryminału politycznego, który niestety nie jest fikcją.

Udostępnij:
7