Wspaniałe francuskie ciasteczko, idealne na niezobowiązującą i perwersyjnie przyjemną wakacyjną lekturę. Debiut jak torpeda. Oto „Mój mąż” Maud Ventury.
Formalnie rzecz biorąc, to opisany w pierwszej osobie tydzień życia 40-letniej mężatki z piętnastoletnim stażem i dwójką dzieci. Francuska klasa średnia ze wszystkimi konwenansami, zasadami i śmiesznostkami.
Narratorka jest tłumaczką z angielskiego i nauczycielką w liceum. Lekki mezalians, bo nasza bohaterka wywodzi się z klasy robotniczej, co całe życie próbuje ukryć, ucząc się i gorliwie kopiując zwyczaje mężowskiej klasy wyższej. „Nauczyłam się elegancji (która w sumie opiera się na nieskomplikowanym triu: płaszczu, torbie i butach kosztujących majątek; kiedy już pojmiesz, o co chodzi z tą trójcą, reszta jest prosta).”
I jest obsesyjnie zakochana – po 15 latach! – w swoim mężu i ta obsesja ustawia i określa całe jej życie. Przyznaję, że po kilkunastu stronach chciałem odłożyć książkę (dżizz, kolejna opowieść o kobiecie co kocha za bardzo, przeczytałem, obejrzałem tego trylion…) Na szczęście moja osobista małżonka z prawie dwudziestoletnim stażem, która swojego wspaniałego męża nie kocha za bardzo, powiedziała, żebym nie był głupi i czytał dalej.
Posłuchałem i po paru kolejnych stronach już wiedziałem, że jest to wspaniała jazda. Narastająca paranoja opisana na zimno, ale ze wspaniałym, z cicha pęk, czarnym poczuciem humoru, takim do wyszczerzu, nie rżenia. „Skoro mój mąż myślał, że w przyszłości zawsze będzie mnie kochał trochę bardziej, czy to nie oznaczało, że nigdy naprawdę mnie nie pokocha?”
Odkrywając krok po kroku jak bardzo szurnięta jest narratorka, wchodząc coraz głębiej w jej pokręcony świat i przedziwne strategie, obserwujemy zaskakujące zwroty akcji, co powoduje, że czytamy „Mojego męża” jak powieść sensacyjną. I zastanawiamy się, dokąd zaprowadzi nas autorka. No i powiem Wam, że zakończenie to jest petarda, miód malina, czyste złoto. Za zdradzenie zakończenia bym batożył, ostrzegam.
Przełożyła Ewa Merel
Wydawnictwo W.A.B.

