„Chciałem znaleźć ludzi, którzy marzyli o Londynie, walczyli z Londynem, zostali przez niego nagrodzeni albo skrzywdzeni. Ludzi, którzy spędzili w nim jeden dzień i szybko uciekli. Ludzi, którzy nigdy go nie opuścili. A także tych, którzy na co dzień zajmowali się sprawami miasta, wprawiali je w ruch. (…) Niektórzy w zetknięciu z tym miastem kurczą się jak ukwiał potraktowany solą, stają się cieniem samych siebie i tęsknią za wsią. Najczęściej jednak słowo „Londyn” budziło wielkie emocje. Pytani o to miasto, szeroko się uśmiechali, krzywili, wzdychali, czasem przewracali oczami albo zaczynali snuć wspomnienia. Londyn był dla nich nowym początkiem, piekłem, krainą z bajki; był zbyt duży, zbyt obmierzły; był deską ratunku, dumą, punktem honoru, niefortunnym problemem, miejscem, gdzie rozkłada się materac na jakiś czas; był przystanią, ocaleniem, dziełem życia. Składem na puszki po piwie. Sceną, mekką, moją wodą, moim tlenem. Londyn jako cela, więzienie, przysługa.”
Gdybym napisał, że chcę Wam polecić poezję codzienności, pewnie większość z Was by się skrzywiła. Ale tak właśnie jest. Kanadyjski dziennikarz Craig Taylor przez kilka lat rozmawiał z Londyńczykami ze wszystkich możliwych środowisk, klas, dzielnic, grup etnicznych. Nie napisał klasycznego reportażu, tylko stworzył mozaikę opowieści. Jeden bohater ma stronę, ktoś inny pięć. Pilot samolotu latający do Londynu, zbuntowana Pakistanka, wędkarz, właściciel galerii sztuki, kierowniczka urzędu stanu cywilnego – setki ich. Każdy ma swoją historię, codzienną opowieść, która tworzy niezwykłą całość, ulotne zdjęcie jednego z najbardziej niezwykłych miast na naszej planecie. Chyba tylko taksówkarze są dyskryminowani, bo autor uważa ich – słusznie – za zawodowych gawędziarzy i nie chce upraszczać sobie pracy.
Piszę o książce wzniosłym tonem, a Londynu nie znam. Byłem tam kilka razy, ale głowa mi puchnie od kulturowych tropów związanych z tym miastem. Gdy autor wspomina, że pierwsze mieszkanie po przylocie z Kanady znalazł w Brixton, od razu słyszę The Clash i ich Guns of Brixton, które w Polsce doczekało się kilkudziesięciu coverów. I tak na każdej stronie. Dlatego ja, nieznający Londynu, lecz zauroczony nim podczas kilku krótkich pobytów, dałem się oczarować wirującym Londyńczykom. Inaczej odbiorą tę książkę mieszkańcy miasta, ci, co spędzili tam kilka lat – każdy czytelnik odbierze ją po swojemu, bo tyle Londynów, ilu ludzi.
Niedawno w Polsce ukazała się podobnie skonstruowana książka Craiga Nowojorczycy, również oparta na kilkuletnim pobycie autora. W rzeczywistości Kanadyjczyk najpierw napisał Londyńczyków. Świetnie się je czyta razem – można pochłaniać je ciurkiem albo sączyć jak zbiór mikroopowiadań.
Taylor perwersyjnie zaczyna Londyńczyków od głosu pełnego odrazy mężczyzny, który uciekł aż do Południowej Afryki: „Większość znajomych ze studiów przyjechała do Londynu mniej więcej w tym samym czasie co ja i wszyscy stamtąd uciekli, z wyjątkiem dwóch osób, które zostały i uwielbiają to miasto. Należą do grona moich najbliższych przyjaciół, ale obaj są w spektrum autyzmu. Jak to się nazywa? Zespół Aspergera. Londyn jest pełen ludzi z aspergerem. Oni są zwróceni do wewnątrz. Jeżeli ktoś w ten sposób patrzy na świat, to Londyn jest miastem dla niego.”
A potem, dzięki kolejnym dwóm setkom historii, zaczynamy rozumieć, dlaczego Kanadyjczyk odkrył w sobie „skomplikowaną miłość” do tego miasta. Do Londynu.
Londyńczyków przełożył Łukasz Witczak, a Nowojorczyków Aga Zano.
Wydawnictwo Znak

