Bardzo lubię i cenię komediodramaty. Być może to w ogóle moja ulubiona forma opowieści. Kiedy taki Heller pisze o wojnie w Paragrafie 22. Albo kiedy dr Benji Waterhouse zaprasza do świata psychiatrii w błyskotliwej, czułej, smutnej i wisielczo wesołej książce Nie musisz być szalony, żeby tu pracować. Tu, czyli w uniwersum niedoinwestowanej, wiecznie borykającej się z brakiem łóżek, kadr i środków brytyjskiej psychiatrii publicznej służby zdrowia NHS. Polscy psychiatrzy będą dodawać lajki wszystkimi palcami obu rąk.
Jeżeli zachwycaliście się Będzie bolało Adama Kaya, docenicie Waterhouse’a. Mają zresztą cechę wspólną: ich drugim wcieleniem jest stand-up. Już teraz jest nieźle, co? Psychiatria plus stand-up, samograj. Ale to nie do końca tak. Waterhouse jest empatycznym wrażliwcem i daje nam przede wszystkim książkę mądrą o lekceważonej często siostrze medycyny. „Nie można zobaczyć zaburzeń urojeniowych, nie da się wyczuć palcami choroby dwubiegunowej. Nie ma badania krwi na depresję. Żadne prześwietlenie nie ujawni pęknięć i szczelin załamania nerwowego. Głosów w czyjejś głowie nie słychać przez stetoskop.”
Waterhouse prowadzi nas przez przypadki naprawdę skomplikowane: schizofrenię, chorobę dwubiegunową, zaburzenia osobowości lub te związane z zażywaniem substancji psychoaktywnych. Opowiada o ludziach, „którym morsowanie i kolorowanki odstresowujące raczej nie pomogą.” Zastanawia się, jak podchodzić do ludzi, którym wydaje się, że są Jezusem czy wilkołakiem, i opowiada o wiecznym niepokoju, czy pacjent, którego właśnie wypisał, nie zrobi sobie krzywdy.
Jego narzędziem opowieści jest komizm, którym włada przednio, w najlepszym, czarnym brytyjskim wydaniu. Delikatnie żartuje z romantyzowania kojarzonej z cierpiącym geniuszem dwubiegunówki. „Prawdziwa choroba dwubiegunowa często w niczym nie pomaga. Nigdy nie widziałem, żeby do grup terapeutycznych ciągnęli łowcy talentów.”
Pięknie wplata do opowieści swoich rodziców: melodramatyczną matkę psycholożkę dziecięcą, która zamiast zwykłego „kocham cię” mówiła synowi, że kochałaby go nawet gdyby kogoś zamordował, i nieco odklejonego od rzeczywistości ojca, romantyka-marzyciela. Na koniec im dziękuje za to, że „przekonali się do dość nowoczesnego pomysłu, jakim jest rozmawianie o trudnych rzeczach zamiast ignorowania ich w nadziei, że same znikną.”
Piękna, czuła, bolesna, mądra i zabawna książka.
Tłumaczyły Agata Styczyńska i Katarzyna Brejwo.
Znak Lietranova

