Ta książka to total. Totalny. Być może powinienem poszerzyć słownictwo, ale czegoś takiego nie widziałem i czuję się przytłoczony.
Uwielbiam włoską kuchnię i kulturę życia codziennego, lubię książki kucharskie, mamy ich w domu parę półek, ale Italia na talerzu przekracza skalę. Także dosłownie: jest wielka (24 x 33 cm), waży kilka kilo i swoje kosztuje. Na okładce jest cena 229,99 zł, w internecie kupiłem za 168. I są to złotówki ze wszech miar wspaniale wydane.
Właściwie nie wiem, jak pisać o tym monumentalnym francuskim pomniku kuchni włoskiej, bowiem każda rozkładówka jest tak gęsta w wiedzę, informacje, ciekawostki i świetnie dobrane ilustracje, że w każdej innej książce zajęłyby pięć razy więcej miejsca. A tych rozkładówek jest kilkaset. Setki tematów, portretów, przepisów, produktów, infografik, adresów, pomysłów, cytatów, odniesień kulturowych, malarskich, muzycznych, filmowych, literackich, architektonicznych, czysty obłęd. Coś między encyklopedią, gawędą, szalonym leksykonem i książką kucharską. A w zasadzie wszystko w jednym. Jakby autorzy chcieli nam powiedzieć: załatwimy was naszą erudycją, smakiem i fantazją. Mnie załatwili.
Myślę, że gdybym na każdej kolacji ze znajomymi sypnął dziesięcioma pigułkami wiedzy bądź anegdotkami z Italii na talerzu, to mam repertuar zapewniony gdzieś do końca 2178 roku. No, choćby ramka, rameczka po prawdzie, zajmująca jedną piątą jednej strony, o sporze w sprawie makaronu po neapolitańsku między dwójką genialnych przyjaciół: ojcem Trzech muszkieterów i Hrabiego Monte Christo Aleksandrem Dumasem oraz kompozytorem Cyrulika sewilskiego i Wilhelma Tella Gioacchino Rossinim. Jestem psychofanem Dumasa, ale niech mi będzie wybaczone, po wnikliwej lekturze, w sprawie makaronu po neapolitańsku wybieram #teamRossini.
I tak na każdej stronie coś.
Ta książka jest tak cudna, że postawiła mnie przed diabelską alternatywą. Sięgnąłem po nią, bo kocham jeść, ale tak się wciągnąłem, że zapomniałem ugotować obiad. I co teraz?
Jestem zachwycony.
Wydawnictwo Znak

