Valérie Perrin, „Cudowne lata”

Z książkami bywa różnie – te, które trzeba, te, które „powinno się” przeczytać, a stosik wstydu rośnie. Kiedy dostałem Cudowne lata autorstwa Valérie Perrin , pomyślałem, że to nie dla mnie, zwłaszcza że to gruba francuska obyczajówka – wielowątkowa opowieść o przyjaźni, poszukiwaniu tożsamości, o nadziei i rozczarowaniach. Wrzuciłem książkę na półkę w mazurskiej wiosce, licząc, że może ktoś inny znajdzie przyjemność w tej lekturze przy trzaskającym kominku, jeśli go wcześniej naprawię.

Jednak w okresie świąteczno-noworocznym, kiedy lenistwo wkradło się na całego – bez wizyt, bez obowiązków – nastrój odklejenia skłonił mnie, żeby jednak spróbować Perrin. Może to przez staroświecki klimat książki – twarda okładka, wstążka jako zakładka. Albo ten drobiazg, cytat z Indochine – dawno zapomniana francuska grupa pop-rockowa, którą kiedyś namiętnie słuchałem. Włączyłem spotifaja, zacząłem czytać i odpłynąłem.

To najczystsza przyjemność czytania, opowieść o życiu, dzieciństwie, które nas kształtuje, i przyjaźni, która zdaje się wieczna, ale kruszy się pod ciężarem dorosłości. Perrin zabiera nas do świata trójki przyjaciół urodzonych w 1976 roku – ich droga od podstawówki do wieku czterdziestki wciąga jak klasyczny refren: „Nic nie boli tak jak życie.” Pełno tu goryczy i złudzeń, ale Perrin podsuwa też nadzieję.

Jej bohaterowie są nakreśleni z ogromnym talentem do snucia opowieści o życiu zwyczajnym, ale pełnym emocji, sekretów i momentów oczyszczenia. Jedyne, czego mógłbym się przyczepić, to polski tytuł, bo Cudowne lata to przecież już ikoniczny amerykański serial. W oryginale książka nosi tytuł Trójka – bardziej osobisty i oddający treść.

Wydawnictwo Albatros

Udostępnij:
7