To jest frajda z rodzaju „jak mogłem przeżyć życie i tego nie znać?”
Tę wyjątkową przyjemność zawdzięczam Jankowi Wróblowi, który w Trzecim śniadaniu podzielił się zachwytem z późnej lektury Kochanicy Francuza Johna Fowlesa. Dawno temu obejrzał film na jej podstawie, wyjątkowo mu się nie podobał, zraził się więc do powieści i dopiero po długich latach postanowił sprawdzić, co i jak. I zatonął. Postanowiłem zatem sprawdzić i ja.
Kupiłem na Allegro za oszałamiającą kwotę ośmiu złotych i nie mogę się nacieszyć wirtuozerią tego cudeńka. Wróbel zachwycił się grą autora z literaturą wiktoriańską czy literaturą w ogóle i to jest najprawdziwsza prawda. Ale mistrzostwo autora polega na tym, że można nic nie wiedzieć o 19-wiecznej literaturze angielskiej (ja tam za wiele nie wiem), nie być biegłym w klasyce, a po prostu kochać sztukę opowiadania i dzięki temu zachwycić się Kochanicą Francuza.
Tak na podstawowym poziomie ta napisana ponad pół wieku temu powieść to romans, love story rozgrywająca się na południowym wybrzeżu Anglii w 1867 roku. Dawno nie czytałem czegoś tak inteligentnego, złośliwego, przenikliwego i zabawnego: od galerii wspaniałych postaci po analizę społeczną, a erudycja autora poraża i raduje.
No i jest to, co ujęło pana Wróbla: ekwilibrystyczna zabawa powieścią jako gatunkiem. Ale słowo harcerza: mogliście spać na polskim w liceum, a i tak będziecie się bawić, bo po tym poznać mistrza.
A skoro wspomniałem liceum, to miałem ochotę zakreślać całe zdania i akapity, tak jest tam dużo smakowitości.
Czysta czytelnicza uciecha.
Przełożyła Wacława Komarnicka.

