A dzisiaj polecam Wam zabawno-gorzką, cudnie sarkastyczną hiszpańską powieść. Wyszła w Polsce z rok temu, ale dopiero teraz ją przeczytałem, a że bardzo mi się spodobała, tedy zachwalam na wakacje. Zwłaszcza jeśli jesteś millenialsem, zwłaszcza jeśli jesteś kobietą, zwłaszcza jeśli nie przepadasz za swoją pracą, zwłaszcza kiedy budzisz się w poniedziałek myśląc „Co kurczę? Znowu poniedziałek?”, zwłaszcza jeśli jesteś w momencie życia kiedy się zastanawiasz co się stało z Twoimi wszystkimi planami i marzeniami i co Ty tutaj właściwie robisz? Ale…
Ale można nie należeć do żadnej z tych kategorii i po prostu świetnie się bawić (nawet jeśli na smutno) tym błyskotliwym debiutem urodzonej w 1989 roku dziennikarki Beatriz Serrano. Oto „Ogród rozpaczy ziemskich”.
Oryginalny tytuł oznacza niezadowolenie, rozgoryczenie i oto mamy 30-letnią Marisę, pochodzącą ze wsi mieszkankę Madrytu i kierowniczkę średniego szczebla działu kreacji w sporej agencji reklamowej. Jest singlem, przechodzi przez niewiele znaczące związki, czasem pójdzie do łóżka ze swoim sąsiadem, który jest jej jedynym przyjacielem. I ma absolutne poczucie idiotyzmu swojej pracy („świat byłby lepszy bez mojego zawodu”). Więcej, nienawidzi każdej pracy. Patrzenie w sufit ma dla niej więcej sensu niż poniedziałkowo-piątkowa rutyna biurowa. Żeby nie oszaleć, chodzi w porze lunchu do muzeum Prado i wpatruje się w arcydzieło Boscha. I przesadza ze środkami uspokajającymi.
Narratorka robi wspaniały przejazd po świecie reklamowego korpo, ale jest równie bezwzględna wobec siebie, co daje tej lekkiej powieści ciężar, rozpięty między śmiechem i rozpaczą. Marisa może wkurzać swoim cynizmem i cwaniakowaniem, skłonnościami do autodestrukcji, ale może też wywołać chęć wyciągnięcia pomocnej ręki, bo „Ogród” to opowieść o najgorszej samotności, samotności w tłumie. A w jej opisie narratorka jest bezwzględnie szczera. Więc momentami kwiczałem ze śmiechu, a po chwili było mi naprawdę smutno. I biorę się za kolejną powieść Hiszpanki – „Ogień w gardle”.
Przełożyła Ewa Ratajczyk

