Patrick Radden Keefe, „London Falling”

To jest arcydzieło.

Nie pamiętam kiedy tak osłupiały pochłaniałem książkę. Jako fan reportażu i szeroko rozumianej literatury faktu – bo to jedna z najlepszych rzeczy w gatunku jaką przeczytałem w życiu. Jako dziennikarz – pełen bezbrzeżnego podziwu dla niesamowitego warsztatu autora. Jako obywatel zainteresowany sprawami publicznymi – zszokowany skalą dysfunkcji i zgnilizny Wielkiej Brytanii, mimo, że parę świetnych rzeczy wcześniej na ten temat przeczytałem, choćby „Kamerdynera świata” Olivera Bullougha. I last, but not least, jako ojciec – byłem po prostu wstrząśnięty.

29 listopada 2019 roku z balkonu piątego piętra luksusowego apartamentu nad Tamizą w Londynie wyskoczył 19-letni Zac Brettler. Jego ostatnie chwile zarejestrowała kamera sławetnej MI6, mającej siedzibę po drugiej stronie rzeki. Wyglądało na samobójstwo i tak też uznała policja, niespecjalnie przykładająca się do śledztwa. Chwilę przed śmiercią w apartamencie było dwóch mężczyzn w średnim wieku pochodzenia hinduskiego. Osławiony w podziemnym Londynie gangster Verinder Sharma i przedstawiciel miejscowej socjety, śliski mistrz nieudanych biznesów, mąż właścicielki prestiżowego domu mody Saffiya – Akbar Shamji. Co łączyło ich z nastolatkiem z żydowskiej klasy średniej, wnukiem słynnego londyńskiego rabina?

Tak zaczyna się opowieść, którą poleciła mi Anna Dziewit-Meller i która powodowała, że co kilkanaście stron szeptałem „o k.rwa!”, nie wierząc w to, co czytam. Raz, że historia jest bardzo mocna i poruszająca, dwa, że napisał ją mistrz: Patrick Radden Keefe, autor takich reportaży jak „Imperium bólu”, „Głowa węża” czy „Cokolwiek powiesz, nic nie mów. Zbrodnia i pamięć w Irlandii Północnej”, na podstawie której powstał wybitny miniserial „Say Nothing” (do obejrzenia na Disneyu). Skądinąd na planie tego ostatniego, autor usłyszał od wspólnych znajomych o trwającym od lat koszmarze Rachelle i Matthew Brettlerów, którzy wciąż zwodzeni i zawodzeni przez własne państwo nie mogą poznać prawdy o śmierci ukochanego syna Zaca.

Słodkiego, rezolutnego Zaca, który do 15 roku życia był normalnym, choć bardzo inteligentnym chłopcem z dobrego domu. Gdy poszedł do liceum zaczął się zmieniać. Zaniepokojeni rodzice widzieli rosnącą fascynację Zaca bogatymi dziećmi rosyjskich nowobogackich, masowo osiedlających się w Londynie. Już po jego śmierci dowiedzą się, że wymyślił sobie alter ego – Zaca Ismailova, syna kazachskiego oligarchy. Był tak rewelacyjny w tej roli, tak przekonujący, że nabierali się dorośli. Nieustannie oglądał „Wilka z Wall Street” i „Rekiny wojny”, chciał być jak ci oszuści, chłonął świat gangsta kapitalizmu, którego stolicą był Londyn. Pozował na dorosłego wymiatacza, a był chłopcem szukającym tożsamości.

By rozwikłać tajemnicę śmierci Zaca, Patrick Radden Keefe cofa się do Ugandy czasów Idiego Amina, penetruje rosyjski Londyn, big bang bankowy epoki Thatcher, stary i nowy świat przestępczy stolicy, ulice i kluby miliarderów, świat sądów i policji. Powiązania i zbiegi okoliczności, jakie się odsłaniają, są niewiarygodne.

Tak jak niewiarygodna jest nieudaczność (w najlepszym razie) brytyjskiej policji. Co chwila wszystko świeci się na czerwono, a policjanci albo są idiotami, albo udają. Rodzice Zaca, porządni, prawolubni mieszczanie, którzy wierzyli w państwo, system i sprawiedliwość, spoglądają w otchłań. Odkrywają świat, który znali tylko z sensacyjnych seriali i który zdawał się ich nie dotyczyć. Nie poszli do mediów, bo z natury byli ludźmi powściągliwymi, a poza tym bali się, że tabloidy zrobią z pokręconych wyborów ich dziecka żerowisko. Przeżywali lata koszmaru, o którym nawet nie chciałby myśleć żaden rodzic. Kiedy przedstawiono im Keefe’a, uznali, że nie mają nic do stracenia.

Keefe pracuje dla „New Yorkera”, najlepszego pisma na świecie, którego autorzy mogą miesiącami poświęcać się jednemu tematowi. Amerykanin zaplanował dziennikarskie śledztwo na rok. Okazało się, że brnięcie przez „matrix władzy, tajemnic i korupcji” przez państwo, które się poddało, zajęło mu dwa razy więcej czasu.

Oprócz wielkiego talentu dziennikarskiego, radykalnej rzetelności, Keefe odznacza się wyczuleniem na niesprawiedliwość i darem głębokiego współczucia w takim najpoważniejszym rozumieniu. Widać to było w „Say Nothing”, widać w „London Falling”.

Jest to też potężna opowieść o sile miłości rodzicielskiej. Jak wspomina autor w epilogu, cały czas podczas pisania myślał o swoich wczesnonastoletnich synach: „jak desperacko chciałbym ich chronić przed tym światem i przygotować ich do zderzenia z nim.” W wywiadzie dla Guardiana dodaje: „Po tych kilku latach z Brettlerami, wydaje mi się, że jako rodzic wyszedłem z tego trochę pokorniejszy. To fantazja wierzyć, że nasze dzieci są jak glina, którą można po prostu ukształtować. W rzeczywistości jest w tym pewien element przypadku, są bodźce, nad którymi nie mamy kontroli. Możemy nakierować nasze dzieci na właściwą drogę, ale i tak będą tym, kim mają być. Można robić wszystko jak trzeba – i to wciąż może nie wystarczyć.”

Spowalniałem lekturę „London Falling”, bo ciągle myślałem o tym, co czytam i ciągle coś sprawdzałem. I jak rodzice Zaca, nieustannie zastanawiałem się, co by było, gdyby. Tyle trzepnięć skrzydeł motyla w tej opowieści. Minęło parę dni, odkąd skończyłem, i nie jestem w stanie przestać myśleć o tej książce.

PS. Polskie tłumaczenie na pewno wyjdzie za jakiś czas, ale rzecz jest napisana bardzo prosto, nie ma żadnych popisów stylistycznych, więc zwykła znajomość angielskiego wystarczy. Oczywiście wspomagałem się słownikiem, ale też odczuwałem wielką satysfakcję czytelniczą z tekstu, w którym nie ma ani jednego zbędnego słowa, a każde użyte znajduje się w odpowiednim miejscu.

PS2. „London Falling” powinno się dogłębnie analizować na zajęciach z dziennikarstwa i wszelkiego pisania.

PS3. To jest arcydzieło.

Udostępnij:
7