„Studio”

Uwielbiam ten rodzaj zabawy i poczucia humoru, jaki oferuje emitowany właśnie na Apple TV serial „Studio” z Sethem Rogenem w roli głównej, którego uwielbiam od zawsze. W pewnym sensie to samograj: kino o robieniu kina. Znaczy, samograj wtedy, kiedy biorą się za robotę ludzie utalentowani, a w tym wypadku ich zatrzęsienie.

Każdy odcinek „Studia” to osobna historia (ale z tymi samymi głównymi bohaterami), związana z jakimś filmowym projektem fikcyjnego studia Continental. „Projekt” to w ogóle kluczowe słowo, bo większość bohaterów serialu naprawdę kocha filmy i kino, ale cóż — muszą „procedować projekty” i już to zderzenie pragnień i realiów jest śmieszne. No i prawie każdy widz zna to ze swojego podwórka.

Twórcy wspaniale bawią się tradycją i gatunkami kina: kiedy mamy odcinek, w którym kluczowe jest nagranie pod presją czasu jednego długiego ujęcia, to tak właśnie kręcony jest „nasz” odcinek. Innym razem mamy kryminał noir jak z Humphreyem Bogartem — skaczemy od konwencji do konwencji. Wspaniałe to jest.

Są prawdziwi wielcy kina, z Martinem Scorsese na czele, wspaniale drąc z siebie łacha. Tu kłania się francuski „Gdzie jest mój agent?” — mistrzostwo w tej kategorii. Ale największy wpływ, według mnie, wywarł na twórców „Studia” Larry David i jego arcygenialny serial „Pohamuj entuzjazm”, który niedawno, niestety, nieodwołalnie i ostatecznie się zakończył. Kiedy bohater grany przez Rogena — obojętne, czy ze szlachetnych, czy z niecnych pobudek — próbuje coś zdziałać i wszystko idzie niezgodnie z planem, zmierzając do monstrualnej katastrofy, nieodmiennie przypominał mi się cwaniacki uśmiech Larry’ego Davida.

No i dużo bardzo ożywczego, niepoprawnego poczucia humoru. W sumie błyskotka, ale jakże przyjemna.

Udostępnij:
7