Wiosną 1995 roku w polskim batalionie w Krajinie zginął żołnierz, kapral Piotr Moszyński. W pierwszej wersji: od kuli snajpera. Serbskiego albo chorwackiego, bo Polbat znajdował się między pozycjami dwóch armii, a nawet trzech, ponieważ za plecami miał jeszcze wojska muzułmańskie. Potem ze strony Ministerstwa Obrony Narodowej pojawiły się informacje, że to był nieszczęśliwy wypadek, ale w dosyć kuriozalnej wersji: rzekomo dwóch żołnierzy nożem otwierało puszkę czy butelkę, jednemu nóż się omsknął i ­dźgnął w udo, samego siebie albo tego drugiego. Wojsko, jak to wojsko, nie było skłonne do zasypywania dziennikarzy informacjami. Pozostawały spekulacje, co też w zasadzie dzieje się w tym batalionie działającym w warunkach frontowych, bo nigdy za wiele przypominania, że internetu w dzisiejszym rozumieniu nie było, żołnierze, ani ich koledzy czy bracia blogów nie prowadzili, mejli nie słali, więc nie było co wklejać na Facebooka. W sumie jak w marzeniach Kononowicza, nie było niczego.

Na kolegium, na którym dyskutowano o sprawie, Jerzy Baczyński, naczelny „Polityki”, spytał, czy Meller by się nie przejechał na wojenkę do polskich żołnierzy. Meller oczywiście by się przejechał i zaraz zaczął sprawdzać, jak też może do nich się dostać. No i zaczęły się schody.

Polbat stacjonował jako część sił Organizacji Narodów Zjednoczonych na terytorium formalnie chorwackim, zajmowanym przez Serbów, którzy to Serbowie urządzili swoją Republikę Serbskiej Krajiny, której oczywiście nikt nie uznawał poza Serbią właściwą, zwaną jeszcze wówczas Jugosławią, ale do jej ambasady nie miałem się po co zwracać, bo przecież nie mają nic wspólnego z Krajiną, a skąd. Zresztą na logikę wydawało się, że najłatwiej pójdzie przez Ministerstwo Obrony Narodowej. Logika bywa zgubnym doradcą.

Okazało się, że muszę napisać podanie o rozmiarach zbliżonych do Pana Tadeusza do MON-u, MON je przekaże do Ministerstwa Spraw Zagranicznych, MSZ do Nowego Jorku do Organizacji Narodów Zjednoczonych, ONZ do swego przedstawicielstwa w Zagrzebiu, Przedstawicielstwo z Zagrzebia do swego oddziału w Kninie, stolicy Republiki Serbskiej Krajiny, oddział w Kninie do dowództwa Polskiego Batalionu w Slunju. Gdzieś tam po drodze podanie jeszcze musiało przeskakiwać między cywilami i mundurowymi, no i jeżeli dowództwo w Slunju byłoby tak miłe, że chciałoby pozwolić reporterowi Mellerowi na dostanie się do Republiki Serbskiej Krajiny, to już w zasadzie czysta formalność: zgoda poszłaby ze Slunja do Knina, z Knina do Zagrzebia, z Zagrzebia do Nowego Jorku (pamiętajmy o przeskakiwaniu między wojskiem i cywilami), z Nowego Jorku do Warszawy do MSZ, z MSZ do MON i z MON już tylko telefon, nie, telefon byłby za prosty, pewnie jakiś faks do redakcji „Polityki”, że rzeczony Meller może sobie wpaść do Slunja.

Napisałem to podanie, złożyłem w MON-ie, czekałem, wydzwaniałem z pytaniami, czy coś wiadomo, aż mnie mieli coraz bardziej dość i pogrążałem się we frustracji, która osiągnęła poziom krytyczny, gdy ileś dni później Baczyński zaczepił mnie na korytarzu: – To ty jedziesz do tej Krajiny czy odpuszczamy?

No jakbym po pysku dostał. Całkiem słusznie i kompletnie nie za swoje grzechy. Niewiele się namyślając, wiedząc, że wóz albo przewóz i że za chwilę stracę szansę na wyjazd, odpowiedziałem, że wszystko załatwione i lecę pojutrze. „OK, powodzenia!” – odparł zadowolony naczelny, a ja się zastanawiałem, jak wybrnę z sytuacji, w którą sam się właśnie wpędziłem. MON milczał, nie miałem więc żadnej możliwości dostania się do Krajiny z polskim wojskiem ani z żadnym innym, od strony Serbii było to w tamtych realiach niewykonalne. Pozostawało liczenie, no właśnie, ciekawe, na co liczyłem? Najwyraźniej po prostu znów, tak jak wiele razy w życiu, miałem nadzieję, że jakoś to będzie – bo jak ma nie być, skoro ma być?

Tu dygresja na pozór absurdalna, acz uzasadniona psychologicznie, co się za chwilę okaże. Cofnijmy się nieco w czasie. Był lipiec 1988 roku. Miałem 20 lat, oblałem najważniejszy egzamin po pierwszym roku, czyli historię starożytną u profesora Włodzimierza Lengauera, późniejszego prorektora uniwersytetu. Oblałem całkiem słusznie, bo przez poprzednie miesiące o wiele bardziej niż historia starożytna zajmowała mnie działalność w nielegalnym Niezależnym Zrzeszeniu Studentów – kolportaż na uniwerku podziemnych wydawnictw, demonstracje, zadymy, narady w zadymionych pomieszczeniach, balangi, gdzie knucie mieszało się z bardzo wesołym życiem towarzyskim, krótko mówiąc wszystko to, co można by wzniośle nazwać walką o wolną i demokratyczną Polską, a co przy okazji było fantastycznym czasem i doświadczeniem, jakie przydarza się raz w życiu, a niektórym nigdy.

Więc do egzaminu zabrałem się w ostatniej chwili i poległem z kretesem. U Lengauera błyskotliwością się nie nadrabiało, mogła być dodatkiem do porządnej porcji wiedzy, a tej mi zwyczajnie brakowało. Doszliśmy ledwie do Aleksandra Macedońskiego, Rzymu nawet nie tknęliśmy, kiedy pan profesor zasugerował powrót jesienią na poprawkę. Żarty się kończyły, gdybym zawalił drugi termin, czekała armia. Cóż było robić? Siedziałem w Warszawie, czasem na działce rodziców pod Pułtuskiem i ryłem. Poza klasycznym przeglądem historii starożytnej, codziennie pięćdziesiąt stron z Biblii Tysiąclecia na pamięć, bo znane było zamiłowanie Lengauera do odpytywania z Pisma. Można było wówczas mnie budzić w środku nocy, Kohelet nie Kohelet, księgi profetyczne, dydaktyczne, Goliat, Hiob, Pieśń nad Pieśniami, Jozue, Samuel, Ewangeliści, nie było świadka Jehowy, który by mnie przebił w znajomości Księgi.

A jednocześnie zjechał do mnie młody Francuz, syn znajomych taty z Paryża, którym miałem się zająć, doskonaląc swą kulawą francuszczyznę przyswajaną w Instytucie Francuskim. Ważniejsze było, że dzięki gościowi mogłem choć na chwilę oderwać się od książek i biblijnych rzezi. Któregoś dnia, pamiętam, że była piękna słoneczna pogoda, snuliśmy się po Starym Mieście i zaszliśmy do kawiarni Krokodyl na Rynku. Po schodach z nawrotem na pierwsze piętro.

Usiedliśmy i od razu zauważyłem dziewczynę parę stolików dalej. Wydała mi się zjawiskowa. Była z koleżanką. Co chwilę zezowałem na bok i widziałem, że dziewczyna też mi się przygląda, a nawet uśmiecha. Zupełnie nie byłem w stanie skoncentrować się na rozmowie z Francuzem, passé composé, czas przeszły złożony dokonany mylił mi się z l’imparfait, czasem przeszłym prostym niedokonanym i zastanawiałem się, jak zagadać, kiedy podejdę, żeby za bardzo się nie zbłaźnić, zwłaszcza że miałem się produkować w obecności cholernej koleżanki. I wtedy, a wszystko działo się przez następne sekundy jak na zwolnionym filmie, dziewczyny podniosły się, piękna nieznajoma jeszcze przelotnie omiotła mnie wzrokiem, i wolno ruszyły ku wyjściu. Siedziałem jak sparaliżowany w swej młodzieńczej nieśmiałości, one znikały już w tunelu schodów, zgasiłem szybko papierosa i rzuciłem do Francuza, że zaraz wracam.

Pobiegłem za nimi, ale już wyszły z kamienicy, a na Rynku tego dnia, o tej porze był dziki tłum. Pamiętam to niezwykle silne słońce atakujące oczy, gwar beztroskiego tłumu, w którym – po lewej, po prawej, przed sobą – próbowałem wypatrzyć dziewczynę. Rozpychając i potrącając przechodniów, pobiegłem Nowomiejską w stronę Barbakanu, zawróciłem i rzuciłem się Świętojańską w stronę placu Zamkowego. I jeszcze Celną w stronę Góry Gnojnej i Mostowej. Nic, ani śladu. Wróciłem spocony i wściekły do Krokodyla, Francuz patrzył na mnie jak na szaleńca, ale wyczuł, że lepiej się nie odzywać.

Nie mogłem o niej przestać myśleć. Francuz wyjechał, a ja codziennie zachodziłem do Krokodyla, zamawiając jedną herbatę, a kelnerki nie przewracały oczami i nie komentowały głośno mego bieda-zamówienia, jak to miały w zwyczaju w tym szykownym lokalu. Bo wiedziały, po co przychodzę. Bo następnego dnia wróciłem i prosiłem, żeby powiedziały, że jej szukam, gdyby się znowu pojawiła. Chyba nawet się wzruszyły pod tymi swoimi maskami cynicznych znawczyń życia, co to wszystko widziały, w fartuszkach i pluszowych kapciach wsuwkach.

Minęło kilka tygodni, siedzieliśmy z rodzicami przy obiedzie, kiedy mamie nagle coś się przypomniało: – A Józek z Danką wpad­li do nas na wieś i mówili, że nie poznałeś ich Oli na Starym Mieście.

Tadam! Serce waliło mi jak młotem. Ola, którą pamiętałem jako maleńkiego berbecia, była młodsza ode mnie, mogłem faktycznie jej nie poznać, a ona mnie tak i stąd te spojrzenia i uśmiechy. Nie czekając deseru, pognałem do pokoju taty, gdzie był telefon (Przypominam! Nie było komórek!), zamknąłem się i wybrałem szybko numer państwa C., których znałem, a raczej oni mnie od dziecka.

Specjalnie się nie zdziwili, że chcę rozmawiać z ich córką, a ona była na szczęście w domu. Sprzedałem opowieść, w sumie nie tak znowu kłamliwą, że tak mi strasznie głupio, iż jej nie poznałem, że koniecznie musimy się spotkać, bym mógł godnie przeprosić. Zgodziła się. Umówiliśmy się – a jakże! – na Starym Mieście, pod Barbakanem. Czekając na spotkanie, nie mogłem spać ani znaleźć sobie miejsca, dusiłem się. Na miejsce dotarłem grubo przed czasem.

I to nie była ona.

Znaczy to była Ola, córka przyjaciół rodziców, ale Ola nie była dziewczyną z Krokodyla. Pamiętam, że wyginałem twarz w wyszczerzu, by nie zachować się niegrzecznie, nie dać poznać po sobie kłującego tępo rozczarowania. Ale też tego dnia przyrzekłem sobie, że nigdy więcej nie chcę żałować czegoś, co powinienem był zrobić, a czego nie zrobiłem, i w nieskończoność zamęczać się myśleniem, co by było gdyby.

Proszę bardzo, mogę się mylić, podjąć pochopne pod wpływem chwili decyzje, może nawet brawurowe, nieroztropne i głupie, ale przynajmniej będę wiedział, czy postąpiłem słusznie. I dlatego powiedziałem Baczyńskiemu, że wszystko załatwione i lecę do polskiego batalionu w Krajinie.

Miałem nazwiska kilku oficerów Polbatu, ale byli po drugiej stronie linii frontu, w Krajinie. Miałem kontakty do kilku chorwackich dziennikarzy, ale gdy rozmawiałem z nimi przez telefon, nie wpadli w zachwyt na myśl, iż mieliby mi pomagać w przedostaniu się na serbską stronę. Miałem namiar do polskiego oficera łącznikowego przy biurze ONZ w Zagrzebiu, ale jedyne, co mi miał do powiedzenia, to że bez oficjalnej zgody z trzystu piętnastoma pieczęciami nie mam w ogóle po co przylatywać do Zagrzebia, a wręcz sobie zaszkodzę, bo jeżeli przyjdzie zezwolenie, to do Warszawy, i tam będę je musiał odebrać.

A jednak kupiłem bilet na najbliższy lot. Na Okęciu spotkałem mamę dawnego przyjaciela, której się przypomniałem, licząc, że a nuż mi pomoże przez swe kontakty w Zagrzebiu, które posiadała jako tłumaczka. Nie robiła specjalnych nadziei. Mogła pomóc z noclegiem i w zorganizowaniu spotkań z chorwackimi intelektualistami, gdybym był zainteresowany. Stanęło na tym, że weźmiemy razem taksówkę do centrum.

Samolotem leciało kilku wyższych rangą polskich oficerów, którym się przedstawiłem, bardzo dokładnie wymawiając nazwę „Polityka”, licząc, że może zrobi na nich wrażenie. Nie zrobiło. Lecieli z wizytą do cholernego Polbatu i oczywiście w niczym nie mogli mi pomóc.

Na lotnisku w Zagrzebiu, chyba jeszcze przed odprawą paszportową i stanowiskami odbioru bagażu, stała grupka polskich mundurowych, ewidentnie czekających na delegację z samolotu. Już miałem ich minąć, kiedy zobaczyłem, że jeden trzyma kartkę z napisem „Pan Meller”. Ki czort? Któryś z ważnych trepów nazywa się Meller i ja o tym nie wiem? Tak na wszelki wypadek podszedłem do żołnierza z kartką powiedziałem zgodnie z prawdą, żeby zobaczyć, co się stanie:

–  Jestem Meller.

–  O! Świetnie – odparł żołnierz. – No to idziemy.

Hmm, przygoda przygodą, ale żeby tylko nie przegiąć pały, w końcu to wojsko na wojnie, poczucie humoru nienachalne.

–  Na pewno panu chodzi o mnie? – zwróciłem się do żołnierza

–  Marcin Meller, tak?

No tak. Jeśli tak, to tak. Co prawda słyszałem później jeszcze o trzech Marcinach Mellerach: pierwszoligowym koszykarzu, członku ekipy realizacyjnej Świata według Kiepskich (znajomi często się dziwili, że tam dorabiam) i wielokrotnym mordercy (o czym dowiedziałem się z artykułu o skazanych na dożywocie w konkurencyjnym wobec „Polityki” „Wprost”, który nazwisko akurat tego zwyrodnialca wybił grubo i w ramkach, co nawet mnie rozbawiło), ale skoro na lotnisku w Zagrzebiu polski goniec wojskowy czeka na Marcina Mellera, a na mnie i tak nie czeka nic poza noclegiem w kiepskim hotelu, to czemu nie dać się zaskoczyć? Przecież nikogo nie oszukuję. No prawie.

–  To idziemy – odparłem.

–  Niech pan odbierze bagaże i da mi swój paszport. Załatwię formalności i wyrobię przepustkę – zaordynował żołnierz.

No coraz lepiej. Zachodziłem w głowę, o co tu do cholery chodzi, ale robiłem, co mi kazali. Jedno biuro, drugie, czy mam zdjęcie paszportowe, mam, zawsze miałem na wyjazdach kilka odbitek na wszelki wypadek, bardzo dobrze, tu się proszę podpisać, jeszcze pieczątka, w biurze załatwimy oenzetowską blachę, pan sobie przypnie, żebyśmy wiedzieli, kto jest kto, proszę nie odchodzić, samochody czekają kawałek od wejścia, żeby pan mi się nie zgubił, bo generał się zdenerwuje, jaki znowu generał, w co ja się pakuję?

Za chwilę już siedziałem w pomalowanym w ONZ‑owskie barwy wielkim terenowym, wojskowym pojeździe i ruszyliśmy. Pomyślałem, że prostym pytaniem sobie nie zaszkodzę.

–  A dokąd teraz jedziemy?

–  Do Mošćenicy.

Do Mošćenicy? Jasny gwint! To przejście z Chorwacji na stronę serbską, do wymarzonej przez mnie Krajiny. Ja chyba śnię. To nie dzieje się naprawdę. Zaraz ktoś wyskoczy i krzyknie: „Jesteś w ukrytej kamerze!”.

Przejście w Mošćenicy okazało się zamknięte. Serbowie ­twierdzili, że chwilę wcześniej zaatakowali ich Chorwaci, że mają zabitych i rannych i zaminowali drogę. Musieliśmy wracać do Zagrzebia. Przy kolacji w stołówce starałem się słuchać rozmów polskich wojskowych, żeby zrozumieć, co się dzieje, dlaczego mnie wzięli ze sobą. Do niczego nie doszedłem. Kiedy rano się obudziłem, bałem się, że nikogo nie będzie, że to wszystko był jakiś głupi sen. Ale już czekał na mnie ordynans i poganiał, że jestem spóźniony. Znowu do samochodu i na inne przejście, do Vojnovaca. Przejechaliśmy bez problemu i po kilku godzinach byliśmy w Slunju, w sztabie Polbatu. Pokazano mi mój pokój w baraku, takim, jakie stawiają na zapleczach budów, i wszyscy zniknęli. Był 2 maja, co się okaże istotne w tej opowieści.

Wziąłem prysznic i zacząłem się snuć po koszarach, zagadując żołnierzy, ale cały czas miałem wrażenie jakiejś surrealistycznej nierzeczywistości. Zaszedłem do sztabu i mówię, że chciałbym pojechać na wysunięte posterunki, a wszyscy patrzą na mnie jak na niedorozwoja.

–  Ale pan generał będzie jutro przyjmował defiladę i wręczał okolicznościowe medale z okazji święta 3 maja.

–  No bardzo fajnie, ale mnie bardziej ciekawią te wysunięte posterunki – mówię.

A oni patrzą się po sobie i widzę, że coś jest nie tak, ale nikt mi niczego nie tłumaczy. Trudno. Zostawiłem sztabowców, polazłem do koszar i chodząc od żołnierza do żołnierza, trafiłem w końcu na oficera, który jechał następnego dnia na jakiś zapomniany przez Boga i sztab posterunek i, proszę bardzo, skoro pana tu wpuścili, to ja mogę pana zabrać. Bomba.

Następnego dnia pojechaliśmy i nie było już sztabowej okrągłej Francji elegancji, tylko przyfrontowy konkret, otwarte rozmowy z żołnierzami, cały syf życia w ciągłym strachu, głuche echa wybuchów i strzałów, to, o co mi chodziło. Mój oficer musiał wracać do Slunja, bał się wziąć na siebie odpowiedzialność za pozostawienie mnie na posterunku i powiedział, że jeśli tylko załatwię sobie w sztabie zgodę, to on mnie może gościć i tydzień u swoich chłopaków. Ale bumaga musi być. OK, i tak mi bardzo pomógł.

Kiedy następnego dnia rano wszedłem w Slunju do stołówki, przywitały mnie spojrzenia, które gdybym nazwał zdziwionymi, to nadużyłbym terminu eufemizm. Słowiańskie wojskowe oczy pytały: „a co ty, do kurwy nędzy, tutaj robisz?!”. W wersji werbalnej usłyszałem:

–  A co pan redaktor tutaj robi?

–  No przyszedłem na śniadanie.

–  Ale delegacja już wyjechała.

–  No, ale co to ma ze mną wspólnego?

–  Jak to co?! Przecież przyjechał pan obsługiwać wizytę generała. Jest pan jego dziennikarzem z MON-u.

–  Jakiego MON-u? Ja jestem reporterem „Polityki”. Przyjechałem napisać o was. O Polbacie.

–  Ale jest pan przecież członkiem oficjalnej delegacji ministerstwa na obchody święta 3 maja!

Poczułem się jak śledczy w kryminale, któremu nagle rozrzucone puzzle tajemnicy zaczynają się układać w zaskakującą całość. Oni naprawdę myśleli, że jestem przydupasem jakiegoś oficjela ze Sztabu Generalnego. Wydawało im się normalne, że generał ważniak ma swojego chłopca z „Polityki” na posyłki, co to za nim jeździ i chwali w druku, opisując defilady i wręczanie medali.

Ale najlepsze było co innego, a mianowicie dlaczego myśleli, że jestem członkiem tej delegacji. O tym dowiedziałem się później. Pamiętacie film Przyjęcie z Peterem Sellersem? Nieudaczny aktor, który powoduje katastrofę na każdym planie zdjęciowym, zostaje wciągnięty na czarną listę ludzi, których nigdy, pod żadnym pozorem nie należy zatrudniać. I traf sprawia, że Ważny Producent, który go na tę listę wciąga, kreśli jego nazwisko na, jak mu się wydaje, czystej kartce. Ale jest to przykryty jakimiś innymi papierami dół strony z listą gości na wyprawiane przez jego żonę przyjęcie. I sekretarka, przepisując, dołącza nieszczęsnego Sellersa do holly­woodzkiej śmietanki. Czego efektem jest oczywiście fantastyczna katastrofa, przy której Grek Zorba wychodzi na amatora. No i ze mną było podobnie.

W którymś momencie mój wniosek złożony w MON-ie, jak już sobie pożeglował przez MSZ za ocean i z powrotem, wylądował w Slunju u batalionowego pisarczyka na biurku, na którym to meblu pyszniła się również lista oficjeli Ministerstwa Obrony Narodowej, przybywających z okazji święta 3 maja z oficjalną delegacją do polskiego batalionu w Krajinie. No i wygląda na to, że kiedy ktoś tę listę przepisywał, to z rozpędu, przypadkiem, dopisał moje zacne nazwisko.

Gdybym poleciał dzień wcześniej albo dzień później, każdego innego bożego dnia, tobym utknął w statecznym, mieszczańskim Zagrzebiu i wracał wystawiony na szyderstwa, że niby taki chojrak, a do Krajiny się nie dostałem. Bo tylko wtedy, tego 1 maja, kiedy leciała delegacja z MON-u, na lotnisku w Zagrzebiu czekał ordynans z karteczką „Pan Meller”, przekonany, że jestem członkiem rządowego nalotu. A ja byłem w tym samolocie.

A teraz zostałem w Krajinie, delegacja pewnie już przejechała na chorwacką stronę i wojskowi nie wiedzieli, co ze mną zrobić. Więc poprosiłem grzecznie, żeby mi pozwolili zostać i pojeździć po posterunkach. Moja ONZ‑owska przepustka była ważna jeszcze 11 dni. Zgodzili się i w zasadzie od tej pory pozwalali mi robić co chciałem, a nawet więcej.

Któregoś dnia zapytałem, czy nie dałoby się przejechać do Velikiej Kladušy w Bośni, kontrolowanej przez Muzułmanów, ale sprzymierzonych z Serbami. Chłopaki podrapały się po głowach, poprosiły, bym, broń Boże, nie opisał tego w swojej gazecie, i powiedziały, co wymyśliły.

Następnego dnia na posterunku granicznym wydawałem ciche jęki. Leżałem na noszach w wojskowej karetce. Głowę miałem częściowo zabandażowaną i widoczne ślady krwi. Aha, i byłem w polowym mundurze majora, który cieszył w Polsce żonę swą obecnością, a tak się dobrze złożyło, że był mniej więcej mojego wzrostu. Musiałem pilnie trafić do szpitala w Velikiej Kladušy. I Serbowie, i Muzułmanie puścili bez problemu. Na tyłach szpitala cudownie ozdrowiałem, zdjąłem bandaże, ale zostałem w mundurze, do czego nie mogłem się przyzwyczaić, bo napotykani na ulicy żołnierze Błękitnych Hełmów, i to nie tylko polscy, energicznie mi salutowali, a ja się nerwowo wzdrygałem. Polak potrafi!

Zabrali mnie nieopodal Bihacia na negocjacje między Serbami i Muzułmanami w sprawie wymiany zwłok. Moderatorem spotkania pod namiotem na ziemi niczyjej był 40-letni Szwed z Czerwonego Krzyża. Procedura była taka, że strony miały rozmawiać za jego pośrednictwem, no i tłumacza. Już po pierwszej wymianie zdań dyskutanci zapomnieli o Szwedzie i rozmawiali tylko ze sobą po serbsku. Kłótnie o trupy – nasze, wasze, a właśnie, że nie nasze, bo przecież obrzezane, skąd wiecie, że obrzezane, przecież już się rozkładają, a może to od Abdicia, a może… – tragedia i groteska. Załatwili sprawę zwłok i dalej się pytać, co słychać u Ivany, czy nadal taka piękna i czy ma już dzieci, jak tam Mirza i jego bracia, czy działa jeszcze ten klub bilardowy… Jakiś dowcip wywołał salwę śmiechu. Szwed przyglądał się oszołomiony. Bo to wszystko byli koledzy z jednego miasta, z tych samych ulic i podwórek, z jednego biura.

Kiedy kończyła się ważność przepustki, oficerowie z Polbatu chcieli – i w sumie musieli – mnie odstawić z powrotem do Zagrzebia, ale poprosiłem ich o podwózkę do Knina. Po pierwsze, chciałem napisać jeszcze jeden reportaż, tym razem o Serbach, po drugie, zamierzałem w tamtejszym sztabie Błękitnych Hełmów załatwić sobie przedłużenie ważności przepustki, żeby posiedzieć jeszcze ze dwa tygodnie. Co okazało się kolejnym problemem, bo tym razem holenderscy czy skandynawscy biurokraci zaczęli mi tłumaczyć, że powinienem był wyjechać z delegacją, niby przepustka jest jeszcze ważna dwa dni, ale de facto jestem nielegalnie i proszę się o kłopoty, i mam natychmiast opuścić Krajinę, przejeżdżając na stronę chorwacką, jutro jedzie konwój, którym mogę się zabrać. Czego oczywiście nie zrobiłem, a że nie spałem w ONZ‑owskim kompleksie, tylko u ludzi na mieście, to nawet nie mieli jak mnie znaleźć. Wyrobiłem sobie przepustkę u miejscowych serbskich władz, z którą mogłem w miarę swobodnie się poruszać, a że była wystawiona na „Politykę”, a tak samo nazywała się nacjonalistyczna gazeta z Belgradu, to brali mnie za jej dziennikarza, mimo że przebóg, po serbsku nie mówiłem. Ale skoro nasi uważali, że pracuję w MON-ie, to dlaczego Serbowie nie mogli przyjąć, że ich gazeta zatrudniła cudzoziemca? Ważne, że legitymacja robiła niezłe wrażenie na różnych komendantach.

Do biura ONZ wróciłem, kiedy przepustka z Zagrzebia straciła ważność. Powitały mnie spojrzenia jak dwa tygodnie wcześniej na stołówce w Slunju. A ja bezradnie rozłożyłem ręce i zapytałem, co mam teraz zrobić, żeby wrócić do Zagrzebia. Wiedziałem, że nie będą mieli wyjścia, muszą mi wystawić nowy dokument, bo inaczej nie będę mógł przekroczyć linii demarkacyjnej, a im nie jest potrzebny do szczęścia dziennikarz, który utknął w Krajinie. Wiedziałem też, że to wszystko potrwa: bo muszą zwrócić się do Zagrzebia o nową przepustkę, w Zagrzebiu nie będą wiedzieć, o co chodzi i skąd się wziąłem, bo formalnie mnie w tej Krajinie już nie było, dwa tygodnie wcześniej opuściłem ja z ministerialną delegacją. Czyli, krótko mówiąc, miałem spokój. Kiedy pod koniec maja dostałem nową blachę, to aż się wzruszyłem, była wstecznie datowana i ważna na trzy miesiące.

* * *

Kiedy wymarzyłem sobie wyjazd do Iranu w 1998 roku, chciałem tam jechać na półtora miesiąca. „Polityka” dawała kasę na dwa tygodnie, ale miałem pieniądze z „Vrij Nederland”, takiej holenderskiej „Polityki”, która wcześniej drukowała moje afrykańskie reportaże.

Wizę turystyczną dostawało się wówczas w miarę bezproblemowo, ale ja musiałem wystąpić o dziennikarską i odbyć rozmowę z jego ekscelencją ambasadorem, który mnie wypytywał, jakież to aspekty życia w Islamskiej Republice Iranu ciekawią mnie i sprawiają, że chcę się tam wybrać. Sadziłem bezpieczne ogólniki, podkreślając kilkukrotnie, jak istotny jest czas, dlatego proszę o wizę na sześć tygodni. Następnie złożyłem formalny wniosek i czekałem. Trwało to irytująco długo, bo mój wniosek czekał na rozpatrzenie w Teheranie. Zdążyłem jeszcze w międzyczasie pojechać do Czeczenii i wrócić, a gdy w końcu łaskawie wizę przyznano, to okazało się, że tylko na dwa tygodnie. Próbowałem interweniować, ale bez skutku. Usłyszałem, że to decyzja Teheranu i oni w ambasadzie niczego nie mogą zrobić.

A co z możliwością przedłużenia na miejscu? Mogę próbować w Ministerstwie Kultury i Przewodnictwa Islamskiego.

Spróbowałem. Powiedzieli, że nie przedłużą i mam wyjechać w terminie. I wtedy wpadłem na pomysł nieco ryzykowny, ale wart sprawdzenia. Wiedziałem, że w głównych miastach regionów są biura do spraw cudzoziemców, w których można w uzasadnionych przypadkach przedłużyć maksymalnie dwukrotnie wizę turystyczną. A moja dziennikarska z nazwy wyglądała dokładnie tak samo jak turystyczna. Problem tkwił w tym, że nie mogłem powiedzieć w Isfahanie czy Szirazie, że jestem dziennikarzem, bo z automatu skierowaliby mnie do Teheranu do Ministerstwa Kultury i Przewodnictwa Islamskiego, a tam nie czekałby komitet powitalny z kwiatami. Ale nie chciałem też, a raczej bałem się przesadnie kłamać, że jestem na przykład nauczycielem, bo gdyby ktoś zaczął sprawdzać, to mógłbym zarobić nawet oskarżenie o szpiegostwo czy coś równie sympatycznego. Cóż więc podać? Wpisałem columnist (felietonista, publicysta), więc w sumie nie mijałem się jakoś dramatycznie z prawdą, a szanse, że urzędnik w prowincjonalnym biurze skojarzy, w czym rzecz, nie były za wielkie. Pierwszy nawet się pytał koślawym angielskim, co to takiego ten columnist, ale ja udawałem, że mówię jeszcze gorzej od niego, więc sobie nie pogadaliśmy, machnął ręką i wbił stempel. Drugi rzucił okiem i o nic nie pytał, natomiast kiedy skończyło się to drugie przedłużenie, musiałem udać się ponownie do Ministerstwa Kultury i Przewodnictwa Islamskiego w Teheranie i niestety do tego samego urzędnika, który mówił, że mi nie przedłuży wizy i że mam wyjechać w terminie. Trochę się niepokoiłem, jak zostanie zinterpretowana moja bezczelność, ale skończyło się na żądaniu okazania biletu powrotnego (miałem, na za dwa dni) i ostrzeżeniu, że jeżeli nie polecę tym samolotem, zostanę aresztowany.

A po powrocie, gdy się ukazał tekst Irańczyk z Iranką na ­próbę zadzwonił do mnie asystent jego ekscelencji ambasadora, zapraszając na pogawędkę. Uznałem, że z ambasady mnie nie porwą i poszedłem. Pan ambasador się uśmiechał, częstował herbatą i fantastycznymi orzechami pistacjowymi ze swego kraju, pytał, jak mi się w Iranie podobało, cieszył się, że i owszem, bardzo, a następnie przeszedł do rzeczy. Wziął do rąk plik leżących na stoliku kartek i powiedział, że irańscy studenci, poruszeni błędną ­interpretacją ­sytuacji w Iranie, która przebija z mojego reportażu, napisali sprostowanie, a w zasadzie nowy artykuł. Są skromni, nie zależy im na sławie, w związku z czym mogę podpisać tekst swoim nazwiskiem i opublikować w „Polityce”, co przynajmniej po części naprawi szkody poczynione wcześniejszą publikacją. Na ręce jego ekscelencji złożyłem podziękowania dla zaangażowanych „studentów”, próbując się przy tym nie roześmiać, podziękowałem za propozycję, dodając, że to nadmierny dla mnie zaszczyt i że po prostu przekażę list szefowi działu zagranicznego „Polityki”. Co uczyniłem. Mieliśmy z Markiem Ostrowskim dużo radości, czytając później to dzieło chwalące najlepszy ustrój na świecie, czyli islamską demokrację po irańsku, napisane sztywnym propagandowym językiem.

* * *

Kiedy z kolei jechałem do Zairu, do wniosku składanego w ambasadzie w stolicy Kenii Nairobi wpisałem ecrivain, pisarz. Konsul dwukrotnie upewniał się, czy aby nie dziennikarz, a ja, że skąd, w życiu, ecrivain pełną gębą, wulkany, goryle górskie, uskoki tektoniczne, motyle i zachody słońca, o tym piszę, tym żyję.

Miałem co prawda lecieć do Somalii i nawet już wychodziłem sobie ONZ-owski samolot do tego państwa w stanie rozpadu, ale w kuchni u Mamy Roche spotkałem Carstena i Nadine i pod ich wpływem zmieniłem plany.

Mama Roche, czyli Janina Jurkowska, nasza rodaczka z Kresów, która przez Syberię, Persję i Tanganikę trafiła do Nairobi (a „mama” w suahili to „pani”) była w Afryce, a szczególnie w Kenii legendą wśród backpackersów. Po śmierci francuskiego męża na początku lat 70. udostępniła swój całkiem spory ogród na kemping dla nieśmierdzących groszem włóczykijów, którzy uprzednio rozbijali się na dziko w pobliżu i byli regularnie okradani, i zbudowała kilka pokoi z dykty. Kuchnia w jej domku służyła również gościom, gdzie wieczorami, odbywały się huczne libacje, często z udziałem Mamy, która nie wylewała za kołnierz i paliła jak taśmociąg kenijskie sports­many. Jej polski był niezrównany: wschodni zaśpiew mieszał się z angielskimi słowami i idiomami okraszonymi niekiedy suahili. Kiedyś zobaczyłem stukniętego peugocika Mamy.

–  Co się, Mamo, stało?

–  Nu na bumpach ja sfolgowała, a Murzyn mnie w dupę wjechał.

Kiedy ją poznałem w 1994 roku miała koło sześćdziesiątki, ale widać było, że życie jej nie oszczędzało.

W zasadzie każdy, kto przemierzał Afrykę z północy na południe, z południa na północ czy wzdłuż równika, prędzej czy później, choćby na chwilę, trafiał do Mamy. No i jej kenijski pomagier Steven sprzedawał wyborną miejscową trawę. Mówiąc krótko, u Mamy było zwykle wesoło, parada przemykających oryginałów porażająca i można było sporo się dowiedzieć, złapać transport, umówić na wspólną wyprawę albo przebimbać koncertowo czas. Kiedy pierwszy raz trafiłem do niej zimą na początku 1994 roku, zajechał również młody, po elitarnych szkołach, cherubinkowaty Anglik Sam, który przybył na swe krótkie afrykańskie wakacje. Kiedy wróciłem dwa lata później, Sam nadal był u Mamy, ale już nie był ślicznym chłopcem, lecz mężczyzną po przejściach. Choć równie, po ścichapęk angielsku, zabawnym. Tak, miejsce Mamy zasysało, Afryka zasysała. Teraz Sam miał bardzo ładną izraelską dziewczynę imieniem Efrat, która również utonęła w Afryce, z którą się polubiliśmy i przygryzaliśmy sobie wzajemnie, komentując złośliwie co bardziej bucowatych Izraelczyków i wieśniackich Polaków przyjeżdżających do Mamy.

Przez cały 1996 rok miałem u niej bazę, czasem pilnowałem jej interesu, kiedy zbyt intensywnie zabalowała albo wyjechała z przyjaciółmi do Mombasy. Pilnowała mi książek i notesów, dawała kredyt, kiedy byłem bez kasy, chociaż gdy wychyliła solo butelkę whisky, zapominała o tym i się awanturowała, żądając pieniędzy, ale następnego dnia nie pamiętała z kolei o awanturze. Troszczyła się, gdy zapadałem na malarię.

Miała rozrywkowe grono kenijsko-hinduskie, ale była oskarżana o rasizm. Można powiedzieć, że nie lubiła czarnych jako ogółu, a miała swoich czarnych znajomych i przyjaciół. Jej matkę i brata zabili w latach 50. w czasie powstania Mau Mau rebelianci z najważniejszego kenijskiego plemiona Kikuju. Czasem wrzeszczała mi do ucha: „Ty ich, Marcin, jeszcze nie znasz! Mamę mi udusili! Tak się z nimi przyjaźnisz, a przyjdzie Mau Mau i zobaczysz!”. Ale sama z Kenii nigdy nie wyjechała, mimo że jej się nie przelewało, a miała rodzinę w Europie i Kanadzie. Zmarła w 2000 roku.

Któregoś wieczoru, przekrzykując się w kosmopolitycznym kuchennym gronie Mamy, zgadałem się z parą moich rówieśników z byłego NRD. Od razu złapaliśmy, oparty na wspomnieniach komunistycznych absurdów przelot, niezrozumiały dla pozostałych uczestników posiedzenia, pochodzących z Europy Zachodniej albo Izraela. Carsten i Nadine jechali do Gomy w ogarniętej wojną prowincji Kiwu we wschodnim Zairze i nim się noc skończyła, zaproponowali, bym do nich dołączył. Co kilka dni później uczyniłem.

Pisarską wizę na wiekopomne dzieło o zairskiej przyrodzie dostałem na miesiąc. Niemcy podkreślali, bym wyjechał na czas, bo za pozostanie bez ważnej wizy, nawet jeśli to będzie jeden dzień, mogą mnie cofnąć z granicy i wsadzić do pudła. Zdarzały się takie przypadki, a ten i ów zwariował po zakosztowaniu warunków, towarzystwa i zabaw w zairskim więzieniu. Nie miałem zamiaru tego sprawdzać na własnej skórze.

Z Nadine i Carstenem rozstawaliśmy się i spotykaliśmy, ja pisałem swoje teksty, oni załatwiali swoje sprawy, po jakimś czasie razem przepłynęliśmy z Gomy przez jezioro Kiwu do miasta Bukawu, gdzie mieli znajomego niemieckiego inżyniera i gdzie podobno bez problemu mogłem zapisać się na samolocik HCR, ONZ-owskiego komisariatu do spraw uchodźców, który leciał do Nairobi w Kenii. Co uczyniłem, wybierając oczywiście termin na styk, czyli w ostatnim dniu ważności wizy, który wypadał w piątek 19 kwietnia 1996. Bo oczywiście chciałem wykorzystać każdy możliwy dzień. Ale rezerwowałem aż tydzień wcześniej, jak nie ja. Potem popłynąłem z Carstenem i Nadine do obozu uchodźców i wróciliśmy w czwartek 18 kwietnia. Prosto z łodzi pognałem do HCR sprawdzić, czy jest tak zwany manifest z listą pasażerów, który miał być przysłany z Nairobi. Nie było. Zaczynało się robić delikatnie nerwowo.

Następnego dnia, ostatniego z ważną wizą, o ósmej rano dowiedziałem się w HCR, że nie ma mnie na liście. Najprawdopodobniej zgłosił się ktoś z jakiejś innej agencji ONZ, a oni mieli pierwszeństwo. A zgłosił się, bo to był ostatni lot przed weekendem i chciał się człowiek zabawić w Nairobi. Ludzka rzecz, tyle że ja byłem w dupie. Niepokój zaczął zamieniać się w lekką panikę.

Próbowałem rozmawiać z hinduskim szefem HCR i klarować sytuację, że z powodu wizy specjalnie zapisywałem się tydzień temu, bo potem płynąłem do obozu uchodźców na wyspie Idjwi. I to był mój błąd, bo biurokrata od razu się przyczepił, co ja niby robiłem na Idjwi, jakim prawem Carsten mnie tam zabrał i dlaczego się u niego nie zameldowałem zaraz po przyjeździe do Bukawu. Dał mi jasno do zrozumienia, że może by i coś się dało z tym samolotem zrobić, ale za samowolkę na Idjwi nie polecę. A na końcu, żegnając, złamas jeden życzył mi szczęśliwego rozwiązania moich problemów.

Ostatnim ratunkiem był inżynier G., niemiecki znajomy Carstena i Nadine, który kilka razy nas gościł, a przede wszystkim mieszkał w Zairze od lat, znał ten kraj na wylot, a co ważniejsze, kolegował się z różnymi funkcjonariuszami, z którymi normalnie nie chciałbym mieć bliższego kontaktu. Inżynier miał swoje powiedzenie: „W Zairze niemożliwe jest nie tylko możliwe, jest nawet prawdopodobne, a czasami pewne”. Sam zacząłem je stosować, z czasem rozszerzając na całą Afrykę.

Któregoś razu inżynier opowiedział nam, jak wracał z Niemiec do Bukawu. Poleciał do Bużumbury, stolicy sąsiedniego Burundi, gdzie znajdowało się najbliższe lotnisko przyjmujące samoloty z Europy, a następnie samochodem udał się do swojego zairskiego domu. Na granicy zairscy żołnierze zażądali łapówki za wjazd. Zdziwił się, bo przekraczał granicę na tym przejściu dość często, wszyscy go znali i wiedzieli, że jest ustosunkowanym inżynierem i kierownikiem z Bukawu. Ale cóż, zapłacił i po powrocie do domu, przy jakiejś okazji wspomniał o tym swojemu znajomemu pułkownikowi. Ten oddzwonił po kilku dniach i oznajmił: – Sprawa już załatwiona. Rozstrzelaliśmy ich. Jeszcze raz przepraszam za niedogodności.

Ta historia zrobiła na mnie wrażenie, ale byłem pod ścianą i nie miałem nikogo innego, do kogo mógłbym się zwrócić. Inżynier bez szemrania napisał mi liścik do swego kolegi ze SNIP-u, służby bezpieczeństwa, z prośbą o pomoc w sprawie wizy. Z pismem w ręku pognałem na miejscową ubecję. Przyjął mnie monsieur Miala, który zapytał, czy wszystko w porządku u jego przyjaciela doktora G., ucieszył się, że i owszem, i powiedział, że czegóż nie robi się dla przyjaciół, mogę dostać wizę na miesiąc, krótszych nie wystawiają, za jedyne 150 dolarów. Zbladłem, bo fizycznie nie miałem tej kasy, resztę używanych wówczas czeków podróżnych zostawiłem w Nai­robi, w kieszeni miałem wszystkiego chyba ze sto dolarów i żadnej karty. Rzekłem, że to powyżej moich możliwości i czy nie da rady załatwić jakiejś kilkudniówki, bo jego, monsieur Miali, kraj – Zair jest wyjątkowo piękny, ale ja już o niczym innym nie marzę, tylko o jego opuszczeniu.

Monsieur Miala podrapał się w głowę, pogadał przez radio i podkreślił, że ze względu na doktora G. da się załatwić tygodniówkę za jedyne 60 dolarów, po czym rozpoczął ze mną dość surrealistyczną w tych okolicznościach przyrody dyskusję na temat systemów politycznych i czy moim zdaniem w Zairze lepszy ­byłby parlamentarny, czy prezydencki. A następnie odesłał mnie do poczekalni, gdzie siedziałem dwie godziny, z narastającym przerażeniem słuchając od pewnego momentu przeraźliwych wrzasków dochodzących zza ścian. Jakby kogoś ze skóry obdzierali i w tym przypadku, miejscu i czasie być może wcale nie była to przenośnia. Carsten i Nadine, którzy cały czas czekali na mnie na zewnątrz, opowiadali później, że te wrzaski były tak rozdzierające, że aż ludzie z innych zabudowań wychodzili na ulicę.

W końcu przyszedł monsieur Miala i powiedział, że mam się stawić następnego dnia o 9 rano (czyli już po utracie ważności mojej wizy), a paszport to sobie do tego czasu zatrzymają.

Zanotowałem sobie w dzienniku: „Ciekaw jestem, po co, i co jeszcze z tego wyniknie. Może jutro mi powiedzą, że jestem nielegalnie i mam zapłacić tysiąc dolarów albo zgniję w więzieniu czy coś takiego”. Słabo spałem tej nocy.

Dwa dni wcześniej, kiedy przypłynęliśmy z Idjwi, pognaliśmy land‑roverem organizacji, z którą współpracował Carsten, do HCR, żeby sprawdzić, czy jestem na tym cholernym manifeście, na którym, jak już wiadomo, nie byłem. Prowadziła Nadine, klnąc na darczyńców z Europy, którzy przysłali land‑rover w wersji pełen wypas elektroniczny, w związku z czym szyby już nie działały i parę innych detali. Jechała szybko po dziurawych jak rzeszoto ulicach Bukawu. Któregoś dnia spytałem inżyniera G., po co komu w Bukawu, gdzie nie ma metra równego asfaltu, limuzyna mercedesa, a przecież sporo ich. Odpowiedział: – Nie staraj się zrozumieć. Jeśli zrozumiesz, jesteś stracony.

I opowiedział mi dowcip. Trzech białych dostaje w afrykańskiej knajpie kawę z muchą. Pierwszy woła kelnera i żąda nowej kawy, widać, że jest za krótko w Afryce. Drugi wyjmuje muchę, wyrzuca ją i wypija kawę – spędził wystarczająco dużo czasu w Afryce. Trzeci wylewa kawę i zjada muchę – zdecydowanie siedzi tu za długo.

Było po intensywnym tropikalnym deszczu i spod naszych kół co chwila pryskały kaskady zabarwionej charakterystyczną afrykańską ziemią czerwonej wody. Nagle zajechał nam drogę samochód, wyskoczyło dwóch gości, z tego jeden potężnie wkurzony i ryczy „SNIP! SNIP!”. Dostał ataku szału, bo go błocko spod naszego koła ochlapało przez otwarte okno, a ubrany był na biało. Groził nam bliżej niesprecyzowanymi poważnymi konsekwencjami i spytał, co by było, gdyby on tak kogoś w Europie ochlapał. Carsten na to, że nic, bo sam sobie jest winien, mógł zamknąć okno, co tajniaka jeszcze bardziej rozjuszyło.

Więc tłumaczymy, że na gwałt spieszymy się do HCR-u i jeśli chce, to możemy tam kontynuować tę przemiłą rozmowę. On, że OK, ale ja mam prowadzić jego samochód, bo on w tym stanie nie może. Drodzy czytelnicy, nie pytajcie mnie, dlaczego trzy czerwone, w sumie nie za wielkie, plamy błota na koszuli uniemożliwiają prowadzenie auta. Nie rozumiałem tego wtedy, nie rozumiem i dzisiaj. Poczułem tylko lekką ulgę, że od zgrozy zaczynamy żeglować w stronę absurdu, co nieźle rokuje i co w sumie stało się faktem, bo już w HCR tajniak zażądał pieniędzy na proszek do prania. Parsknęliśmy, niestety, śmiechem, jego znowu szlag trafił i Nadine powiedziała Carstenowi i mnie, żebyśmy spadali, bo ona nie mówi słowa po francusku, więc facet może sobie do niej gadać do woli, a są na terenie HCR, więc wielkiego ryzyka nie ma. Potem opowiedziała nam, że w którymś momencie nawet kumpel czyściocha zaczął się śmiać i go zabrał do wozu.

No i dwa dni później, w sobotę o dziewiątej rano, gdy pełen nadziei i strachu przybyłem do siedziby SNIP-u po wizę (akurat nikogo nie torturowali, przynajmniej nie było słychać), na kogo nadziałem się w wejściu? Tak, wygrali państwo odkurzacz. Na zabłoconego dwa dni wcześniej furiata.

–  Pamiętasz mnie? – zapytał z nieruchomą twarzą. Kurwa mać, pomyślałem i potwierdziłem znajomość lakonicznym oui. Wtedy cały się rozpromienił i rozchachany wielce przybił mi piątkę i powiedział, że bardzo się cieszy, widząc swego ami, dzięki czemu dowiedziałem się, że awansowałem na jego przyjaciela.

Wizę dostałem. I w poniedziałek, dwa dni później, znowu antyszambrowałem w biurach HCR i znowu nie było mnie w manifeście, mimo że gdy tylko przedłużyli mi wizę, dzwoniłem z jedynego w okolicy płatnego telefonu satelitarnego do centrali w Nairobi i zapewniano mnie, że będę mógł lecieć. A teraz nawet nie mog­łem interweniować, bo rzeczony telefon właśnie się popsuł. Innych nie było. Z manifestu, który mi pokazano, co prawda wynikało, że będą w samolocie trzy wolne miejsca, ale udostępnienie ich zależało od decyzji hinduskiego dyrektora, który trzy dni wcześniej potraktował mnie z buta. Wyglądało, że nie mam na co liczyć. Moje obawy potwierdziły się, kiedy zagadałem jego przybocznego, który pierwszy pojawił się w biurze. Próbowałem mu wytłumaczyć swoją coraz bardziej kafkowską sytuację, a on nawet nie dał mi dokończyć, tylko rzucił, że pytanie jest bezprzedmiotowe, bo nie mam uprawnień do latania samolotami HCR. Na żaden inny nie mogłem liczyć, pozostawała chyba tylko lądowa droga przez Rwandę, w tym momencie nie najszczęśliwszy pomysł.

Wychodziłem już lekko podłamany na ulicę, kiedy do HCR-u wjechał Hindus i o dziwo uśmiechnął się na mój widok, zagadując, jak tam moje problemy. No to wyjaśniłem sytuację, a on, że natychmiast wysyła prośbę do Nairobi o miejsce dla mnie w samolocie. Co faktycznie uczynił, domagając się kilka razy, i to bardzo wyraźnie, by piloci nie odlecieli beze mnie. I kiedy niewiele później wpadłem jak oszalały na pas startowy, faktycznie stał na nim mały beechcraft, a piloci przywitali mnie pytaniem, czy już dłużej nie mogłem się wlec, bo czekają tylko na mnie. Jeszcze tego wieczoru siedziałem w kuchni u Mamy Roche.

Udostępnij:
7