Potem poszliśmy do różnych podstawówek i liceów, aż jesienią na początku trzeciej licealnej w XI LO im. Mikołaja Reja pojawił się Dominik i ze swą legendarną później niechęcią do barokowej przesady (ulubiony toast: „no to bez zbędnych frazesów!”) rzucił: „Chodziliśmy razem do przedszkola. Podobno lubisz Bowiego”. I tak się zaczęła przyjaźń z przygodami i problemami, która trwa do dzisiaj. A Bowiego faktycznie lubiłem, i to bardzo, miałem nawet dwa bootlegi, w tym z kapitalnym koncertem w Detroit. No i za Ziggy Stardusta dałbym się zabić. Gorzej, że pod wpływem wyglądu Davida z okresu Let’s Dance zamarzyłem o takiej samej fryzurze, idealnie przylizanej do tyłu. W tym celu podprowadziłem dziadkowi siateczkę do włosów, w której spał, by ujarzmić swoją szopę lwa. Teraz spałem w niej i ja, ale to, jak wyglądałem rano, niewiele miało wspólnego z Bowiem. Więc z kolei z przyjacielem Pawłem Naumanem, dzisiaj wziętym panem doktorem neurochirurgiem, a wówczas fanem Roberta Smitha z The Cure postanowiliśmy, że idziemy do fryzjera i każemy się strzyc: on na Smitha, ja na Bowiego. No cóż, po wizycie Paweł twierdził, że ma fryz jak Bowie, a ja jak Jagger, ale według mnie wyglądaliśmy po prostu jak dwie dupy zza krzaka.
Dominik nie miał tych problemów, dla niego liczyła się tylko muzyka, wszelką stylizacją gardził. Jak w liceum chodził w czarnych sztybletach, czarnych dżinsach i czarnym T-shircie, tak mu mniej więcej zostało do dzisiaj. A ze względu na swą prasłowiańską urodę, dostał ksywę „Siemko” od naszego klasowego przyjaciela Drągala, dzisiaj pana radcy prawnego Tomasza Drągowskiego. I nie było już Dominika, był Siemko, i tak do matury. Którą zresztą Dominik oblał, poległ koncertowo na polskim, co jest w sumie zabawne w kontekście jego zainteresowań i przyszłości, o czym za sekundkę. Swoją drogą pewien przyjaciel Dominika zasłynął z tego, że po maturach latał wokół szkoły z płachtą „Życia Warszawy” i krzyczał; „Napisali o mnie w gazecie! Napisali o mnie w gazecie!”. Co było świętą prawdą, bo stało jak wół: „W elitarnym liceum imienia Stefana Batorego tylko jeden uczeń nie zdał matury”. Dzisiaj jest dziennikarzem ekonomicznym.
Lata długie po naszej wyprawie do Göteborga, a konkretnie latem 2011 przeżyłem chwile prawdziwej grozy, kiedy Dominik poprosił mnie o przeczytanie jego debiutanckiej powieści pod tytułem Ile kroków do domu. Sytuacja zapowiadała się złowieszczo. Od spotkania w trzeciej klasie liceum kłóciliśmy się o książki. Upraszczając: Dominik i Dostojewski kontra ja i Chandler. Nie to, żebym nie cenił Rosjanina, wielkim, ogromnym pisarzem był. Ale Dominik uważał, że zwariowałem, skoro zaliczam autora Żegnaj, laleczko do dziesiątki moich ulubionych wybitnych autorów, gdzie miejsce powinno być tylko dla Fiodora, Czechowa, Céline’a, Joyce’a, Witkacego… Po drugie, przez wszystkie lata po szkole słyszałem o mitycznej powieści, do której się zabiera.
Kiedy wkładałem pendrive do komputera, zastanawiałem się, co się stanie z naszą przyjaźnią, gdy jakaś monumentalna historia o starciach z Bogiem, Szatanem i Ojczyzną nie przypadnie mi do gustu. I przeżyłem jedno z głębszych zdziwień. Albowiem Ile kroków do domu okazała się powieścią z mojej chandlerowej frakcji! Zainspirowana prawdziwą historią człowieka, który kilkakrotnie próbował uciec z PRL-u, jest przede wszystkim znakomitą powieścią przygodową. Ale to także historia o przyjaźni czterech kumpli wychowanych na warszawskim Powiślu. I o tym, jak świat dziecięcych wygłupów zderza się z szorstką rzeczywistością Polski lat 60. i 70. i jak rwą się nierozerwalne, wydawałoby się, więzi.
Zygmunt Miłoszewski, autor świetnych kryminałów z prokuratorem Szackim, podkreśla, że czytelnikowi, który płaci za jego książkę 35 złotych, winien jest uczciwą i ciężką pracę, stąd jego żmudna dokumentacyjna dłubanina. Dominik na swoje honorarium solidnie zapracował – z pietyzmem oddaje realia zaginionego świata: warszawski ogórek linii 166, żul, który „perfumów nie pali”, bakelitowe słuchawki telefonów, życie towarzyskie na basenie Legii…
I ten PRL z powieści Dominika był taki duszny, klaustrofobiczny, przytłaczający, co doceniałem, a jednocześnie się dziwiłem, bo pamiętałem nasze spory pod koniec komuny. Dominik miał znacznie mniej krytyczny stosunek do systemu, był z frakcji Barei i Misia, że to wszystko takie surrealistycznie śmieszne i niepoważne. Kiedyś nawet jak sobie popiliśmy u mnie w domu na improwizowanym spędzie, pożarliśmy się strasznie, a on mi zaproponował, żebym spierdalał do swoich opozycyjnych chujków czy jakoś tak. Więc wywaliłem go z domu. To siedział na ulicy i każdemu wchodzącemu i wychodzącemu skarżył się z pijacką emfazą, że to chamstwo, że dla mnie opozycyjne chujki są ważniejsze od przyjaciela. Chyba przez jakiś czas nie odzywaliśmy się do siebie, nie ostatni raz w życiu, a potem wszystko oczywiście wróciło do normy. No, a teraz czułem tę zatykającą jak wilgoć w tropikach atmosferę z powieści Dominika i nie kryłem pełnego szacunku zdziwienia.
Odpaliłem Ile kroków do domu na komputerze i nie padłem, dopóki nie skończyłem. Przyjacielowi po tych wszystkich latach naprawdę się udało! Trzeba było jeszcze tylko, bagatela, znaleźć wydawcę – w czym później pomógł inny przyjaciel z naszego nieformalnego „Klubu Ściemniacza”, Mikołaj Burchard, od lat pracujący w branży książkowej – ale uśmiechałem się, bo widziałem, że mam przed oczami pewniaka: ambitne czytadło będące gotowym materiałem na scenariusz thrillera. Rok później powieść wyszła, zebrała świetne recenzje od lewa do prawa ponad podziałami, co w dzisiejszej Polsce zakrawa na cud, a za chwilę, niemal równocześnie z książką, którą trzymacie teraz w ręku, wychodzi nowa powieść Siemka Pozostał gniew. (Dopuściłem się pewnego anachronizmu. Nikt już go tak nie nazywa. Kiedy z rocznym poślizgiem pojawił się na uniwerku, próbowaliśmy z Drągalem lansować „Siemka”, którego serdecznie nie trawił, ale przegraliśmy z banalnym „Rutkiem”).
A wtedy jesienią 1985 zgadaliśmy się z Dominikiem na Bowiego i Legię. Ściślej rzecz biorąc, choć trwało to długo i z oporami, zaraził mnie swoim futbolowym świrem, który wyniósł z domu, a którego ja w ogóle nie miałem. Pierwszy raz wyciągnął mnie na Żyletę, na którą chodziliśmy latami, za każdym razem rozgrzewając się wcześniej w „Źródełku”, ulubionym barze kibiców Legii i uczniów położonego po drugiej stronie ulicy legendarnego, snobistycznego i wyjątkowo hojnie obdarowanego pięknymi dziewczynami liceum im. Batorego. I jakoś tak latem 1995 roku, dzień w dzień balując do upadłego w trójkę – był z nami jeszcze Michał Wójcik, też weteran Reja, wtedy reporter Radia Zet, a dzisiaj redaktor naczelny „Focusa” – wpadliśmy na pomysł, by pojechać z kibolami (czy jak się wtedy mówiło „pseudokibicami”) Legii do Göteborga. Przedstawiłem pomysł w redakcji „Polityki”, a naczelny Jerzy Baczyński od razu rzecz klepnął.
Gdy się szykowaliśmy do wyjazdu, to wspominaliśmy, jak rok wcześniej Legiunia poległa w kwalifikacjach z Hajdukiem Split. Pierwszy mecz był w Warszawie, zjechało 800 Chorwatów, na długo przed meczem zasiedli po przekątnej od Żylety, gdzie z kolei rozlokował się Klub Ściemniacza, czyli Dominik, Burki, Wójcior i ja. Trwała wojna w byłej Jugosławii, więc Żyleta skandowała nazwiska Miloševicia i wszelkich możliwych serbskich przywódców, przetykając to obelgami po serbsku (dokształcili się!) o dumnym narodzie chorwackim. I kiedy śpiewaliśmy Deszcze niespokojne, tak aby wykrzyczeć „nakarmimy psa! psa! psa!”, wskazując jednocześnie na przeciwnika, w tym wypadku kibiców Hajduka, nagle, jak na rozkaz, i pewnie na rozkaz, wszyscy Chorwaci odwrócili się, spuścili spodnie, wypięli i ujrzeliśmy osiemset dorodnych, gołych chorwackich dup. Żyleta zamarła, a my w czwórkę dostaliśmy spazmatycznego ataku śmiechu, najgłośniej Wójcik, co nie rokowało najlepiej, bo nikt wkoło się nie śmiał. Na twarzach wkurw mieszał się z niezrozumieniem i chęcią zwrócenia uwagi tym czterem rechoczącym pajacom, czyli nam. Zresztą jakiś młodzian o rozbudowanym karku rzucił do redaktora Wójcika: „I czego rżysz, debilu?!”. No więc się trochę uspokoiliśmy, choć do końca meczu ledwo nad sobą panowaliśmy. Legia przegrała w słabym stylu 0:1, a w rewanżu już była masakra: 0:4. Tym razem mieliśmy nadzieję, że w Göteborgu nie będzie blamażu. No i na pierwszym meczu w Warszawie nie zobaczyliśmy ani pół męskiej szwedzkiej dupy. Rokowało dobrze.
Kiedy wróciliśmy z Göteborga do Warszawy, najpierw wpadłem do rodziców na obiad. Pewnie zadzwoniłem wcześniej i poprosiłem jak zwykle o maminego kurczaka pieczonego z domowymi frytkami. A może były zrazy wołowe zawijane z ogórkiem i serem w środku? Cokolwiek wjechało na stół, na pewno było pyszne, w końcu mama była współautorką (z Barbarą Adamczewską, dzisiaj znaną popularyzatorką ciekawej kuchni) książki kulinarnej W kuchni babci i wnuczki, w której przedstawiała polskie przepisy sprzed stu lat. Moja siostra Kasia nadal robi najlepszy pasztet na świecie według przepisów mamy.
Na pewno jak zwykle wylizałem talerz, powodując ostentacyjne uniesienie matczynego wzroku połączone z głębokim westchnieniem i kręceniem głową, bo po tych wszystkich latach już się jej nie chciało nawet głośno protestować. Pewnie i tak się cieszyła, że to nie śniadanie i nie jemy jajecznicy, bo wtedy lizałby i tata.
No i przy obiedzie zacząłem opowiadać co smaczniejsze anegdotki z tego 72-godzinnego wyjazdu i nucić, fałszując jak zwykle okrutnie, co bardziej liryczne pioseneczki. Mama wpadła w przerażenie: „Boże! Co to za hołota i bydło! Opisz to wszystko ku przestrodze! Żeby ludzie wiedzieli co to za barbarzyństwo!”.
Ech mamo kochana, no jak ci miałem powiedzieć, że bawiłem się jak mało kiedy w życiu? Ale zacząłem się robić nerwowy. No bo tak: „koledzy” z Göteborga oczekiwali od pismaka, czyli ode mnie, wojennej epopei sławiącej szwadrony legijnych zagończyków zdobywających Szwecję. Gdyby tekst im się nie spodobał, mogliby zastosować wobec mnie narzędzia krytyki literackiej, których nie uczą na wydziale polonistyki. Z drugiej strony mama, moja najdroższa mama, dobry człowiek, która chce, żebym swym towarzyszom podróży zrobił z wiadomo czego werbalną jesień średniowiecza. Jak z tego wybrnąć, nie dając samemu również wiadomo czego, nie staczając się w hipokryzję i nie zawodząc mamy?
No więc napisałem, co napisałem. Zaniosłem, a raczej zawiozłem swym maluchem koloru kawy z mlekiem tekst do redakcji „Polityki” (no bo przecież mejli, droga młodzieży, jeszcze nie stosowaliśmy) i czekałem w pokoju działu krajowego, co tam zadecyduje „góra”. A jak zobaczyłem – bo pokazały mi panie maszynistki, które dostały reportaż do ponownego przepisania – to dostałem zawału. Masakra to eufemizm. Najlepsze akapity, cytaty i wierszyki wyleciały. Została jakaś mdła, niby-reporterska papka, z dopisanymi zdaniami, z których wynikało, że ho! ho!, nieładnie tak swawolić i ja to potępiam.
No zrobiło mi się gorąco i zimno na przemian i w panice zastanawiałem się, jak wybrnąć z tego gówna. Ubłagałem panie maszynistki, żeby jeszcze chwilę poczekały z wysyłaniem tego żałosnego kikuta do sekretariatu redakcji, czyli do produkcji i druku. A pięć minut później poprosiłem, żeby mi dały starą, oryginalną wersję i że ja sam ją zaniosę do sekretariatu. Spytały się, czy wiem, co robię, i czy zdaję sobie sprawę, że za taki numer mogą mnie spotkać grube nieprzyjemności. Odpowiedziałem, że tak i że w razie czego one o niczym nie wiedziały.
Swoją drogą to nie zliczę, ile razy w życiu ratowały mi tyłek panie woźne, dozorczynie, szatniarki, pracownice rozmaitych sekretariatów. Zawsze lubiłem z nimi gadać, słuchać plot i opowieści, witałem się, znałem imiona, żartowałem głupio i kiedy zdarzała się chwila, że jak zwykle na własne życzenie wpadałem w kłopoty, pomoc przychodziła z najmniej spodziewanej strony. Tak jak wtedy, gdy mój opiekun roku na historii, młody, ambitny i żądny studenckiej krwi asystent postanowił skreślić mnie z listy z powodu jakichś zawalonych zaliczeń. Miał prawo.
Kiedy panie z dziekanatu dostały jego wniosek, schowały go do szuflady i znalazły mnie gdzieś (komórek przecież nie było, droga młodzieży) na terenie Instytutu Historycznego, a może i na dziedzińcu, bo zawsze nosiło mnie jak kota z pęcherzem. Może akurat handlowałem podziemnymi książkami i „Tygodnikiem Mazowsze” przy wejściu na uniwerek od strony Krakowskiego Przedmieścia, może jarałem fajki w siedzibie opanowanego przez nielegalny NZS samorządu przy Małym Dziedzińcu, a może popijałem herbatą legendarne kanapki z pastą jajeczną serwowane w „Szafocie” na wydziale prawa. Niewykluczone, że próbowałem podrywać jakieś dziewczę w „Kazimierzu”, czyli bufecie Pałacu Kazimierzowskiego, siedziby rektoratu, do którego to lokalu chyba w owych czasach wstęp studentom był formalnie wzbroniony. Nieważne. Istotne, że mnie znalazły, zaalarmowały, że zegar tyka, że mogą przetrzymać wniosek opiekuna jeszcze parę dni, ale mam zrobić to, to i to, żeby uratować swój krągły tyłek przed Ludowym Wojskiem Polskim, które niechybnie zaprosi mnie na swoją imprezę, kiedy Uniwersytet wyrzuci ze swojej. Udało się, ocalałem, rozczarowana mina opiekuna bezcenna, podobnie jak uśmiechnięte buzie pań w dziekanacie. Jeżeli któraś z nich czyta te słowa, to jeszcze raz pięknie dziękuję! Za to i parę innych numerów.
Ale wróćmy do „Polityki”. Wziąłem od pań maszynistek reportaż w oryginalnej wersji, z naniesionymi jedynie poprawkami interpunkcyjnymi i zaniosłem do sekretariatu, szybko znikając z pola widzenia. Liczyłem na ciśnienie czasu. Było poniedziałkowe przedpołudnie, za parę godzin cała „Polityka” szła do druku, by ukazać się w środę, panował cotygodniowy dom wariatów, znaczące ożywienie spokojnej zazwyczaj redakcji. Miałem nadzieję, że człowiek, który mi wykastrował tekst, nie zajrzy do niego jeszcze raz na kolumnach, bo będzie miał ważniejsze rzeczy na głowie w rodzaju wywiadu z jakimś politykiem, którego dzisiaj już nikt nie pamięta, albo, co gorsza, nadal ma na nas wpływ, czy też komentarz do najnowszej młócki w Sejmie.
Czekałem w napięciu i strachu, spotęgowanym, kiedy poprosili mnie do siebie sekretarze redakcji. Ale okazało się, że chcą tylko, żebym sczytał tekst na kolumnach, czy się wszystko zgadza. Zgadzało się bosko, więc oddałem płachtę A3 i czmychnąłem do domu.
Nie wywalili mnie z roboty ani w poniedziałek, ani we wtorek. W który to wtorkowy wieczór gdzieś zabalowałem, bo spałem jeszcze, kiedy koło dziewiątej rano w środę obudził mnie dzwonek domowego, stacjonarnego telefonu. „Haloooo…” – wysapałem sennie i od razu oprzytomniałem pod wpływem dynamicznej frazy mego rozmówcy. Bez zbędnej gry wstępnej w rodzaju „dzień dobry” rzekł:
– Coś ty, kurwa, jebańcu napisał o naszej Legiuni kochanej? Co, kurwa?!
– Ale, ale… – jąkałem się dramatycznie, zdając sobie sprawę, że mają mój domowy numer, może reszta ekipy stoi już pod klatką albo i drzwiami. Osiedle w końcu było zielono-biało-czerwone.
– Żadne, kurwa, „ale”! Jaki, kurwa, prom zdemolowany, piździelcu! Pojebało cię, frajerze?! Psom służysz?!
– Jakim psom? Przecież obiektywnie…
– Przyjdź, kurwa, zasrańcu na Łazienkowską, to będziesz miał, kurwa, obiektywnie po kolanach!
W tym momencie gość jakby się zaśmiał. Nie mogłem uwierzyć.
– Dominik?!!
Teraz już rżał. Do dzisiaj lubi mi przypominać, jaki byłem zestrachany. A reportaż bardzo się mojej mamie spodobał, „bo pokazałem, co to za hołota”. Ale i hołocie przypadł do gustu, bo jeszcze długo później po trybunach krążyły kserokopie Planety małp. A i dzisiaj zdarza się, że ktoś wklei tekst na jakimś kibicowskim forum i łezka mi się w oku kręci, gdy czytam komentarze co młodszych internautów, bo dla nich wyjazd do Göteborga to więcej niż Płowce, Grunwald i Wiedeń razem wzięte.
Co jeszcze lepsze, a na pewno zabawniejsze, Planeta bardzo się spodobała w „Polityce”. Zewsząd płynęły komplementy, z innych redakcji słyszałem wieści, że redaktorzy wściekali się, iż nie wysłali swoich reporterów z kibicami, tylko luksusowo samolotami. Człowiek, który o mało mi nie zniszczył opowieści, milczał i tak się zastanawiałem, czy zobaczył, że tekst się podoba, więc udaje, że deszcz pada i przechodzi do porządku dziennego nad moją samowolką, czy może już nie pamięta, bo z racji kierowniczego stanowiska tyle tych tekstów przerabia. Swoją drogą, kiedyś po tym, jak pewien redaktor wywalił mi połowę tekstu, z czystej ciekawości, bo sprawa nie była pilna, dałem ponownie oryginalną wersję innemu redaktorowi, pracującemu z pierwszym na zmianę. Drugi wywalił dokładnie to, co pozostawił pierwszy. Obydwaj byli naprawdę niezłymi fachowcami, co piszę bez cienia ironii.
A żeby zaświecić też budującym przykładem z dziedziny obróbki tekstów, to dla mnie w „Polityce” ten przykład nazywał się Leszek Będkowski. Zresztą nadal się tak nazywa i nadal pracuje w „Polityce”, o ile mnie pamięć nie myli, bo widzieliśmy się kilka dni temu w towarzystwie naszych żon, a żona Lecha to Ewa Wilk, była szefowa działu społecznego „Polityki”, w którym pracowałem. Zresztą kiedy odchodziłem na redaktora naczelnego „Playboya”, powiedziała mi, nawiązując do mych przysłowiowych obsuw terminowych: „Żeby cię pokarało takimi podwładnymi, jakim sam jesteś!”. No zdarzało się.
O Lechu Będkowskim Igor Janke powiedział kiedyś, że to najlepszy redaktor w Polsce, co oczywiście spotkało się z ironicznymi komentarzami w „Polityce”, bo, po pierwsze, komplement od zakutej prawicowej pały to jak pocałunek śmierci, a po drugie, wiadomo, że najgorsze rywalizacje, zawiści i intryżki nie dzieją się między redakcjami czy partiami, tylko wewnątrz. Ale Janke miał rację. Pamiętam, jak napisałem reportaż, który miał mieć 15 tysięcy znaków, a wyszło mi 50. Po długiej nieprzespanej nocy ściąłem go do trzydziestu i zatrzymałem się, bo wiedziałem, że każde następne wycięte zdanie i słowo będzie gwałtem na strukturze tekstu. I z takim materiałem podążyłem do Lechutka, tłumacząc mu, że się nie da i w ogóle. Lechu powiedział „spokojnie, daj tekst, pogadamy jutro”. A nazajutrz wręczył mi mój reportaż, który miał 16 tysięcy znaków, zachowany sens, nastrój i temperaturę i w którym nie widziałem żadnego zasranego skrótu, i który niestety był znacznie lepszy od tego, co przyniosłem. I niezmiennie uwielbiam wizyty w ogródku państwa Będkowskich i piękne, pouczające rozmowy o dziennikarstwie, polityce, pisaniu, podróżowaniu i jedzeniu. I jak Lech usłyszy pomysł i od razu, na gorąco, planuje, jak powinien być napisany tekst, co w sobie zawierać, na co autor musi zwrócić baczną uwagę, a co pojawić się w tle. No cholerny Miszcz przez duże M.
A Göteborg miał jeszcze jedną puentę. Poszło o rozliczenie delegacji. To był w ogóle mój stały problem, kiedy jeździłem w dziwne miejsca. Księgowość żądała rachunków, a ja próbowałem grzecznie tłumaczyć, że tam wojna, faktur generalnie nie wystawiają, forsa idzie z ręki do ręki, co mam zrobić, jeśli nie wystarczają moje oświadczenia? Ano mam zbierać oświadczenia od tych, którym płacę. Pięknie, zwłaszcza jak co drugi analfabeta.
Pamiętam, jak wróciłem z reportażu z Albanii i w narożnym redakcyjnym pokoiku na Miedzianej męczyłem się ze stosem takich oświadczeń upstrzonych krzyżykami i pismem przedszkolaka mańkuta, którego zmuszają do pisania prawą ręką. Zobaczyli mój kopczyk Wojtek Markiewicz i Piotrek Pytlakowski i się zapytali, co to takiego. No to im wytłumaczyłem. Zarżeli radośnie i zaoferowali ochoczo, że mogą mi więcej machnąć, jeśli taka moja wola. Poprosiłem ich, żeby pouprawiali seks na samych sobie i dali mi spokój, ale fakt jest faktem, że był to kompletny absurd. Nieograniczający się do Polski zresztą. Później czytałem Terytorium Komanczów Artura Pereza Reverte, kapitalną książeczkę osnutą na jego doświadczeniach, kiedy nie pisał jeszcze thrillerów historycznych, a Roman Polański ich nie ekranizował, lecz był korespondentem wojennym hiszpańskiego dziennika „El País” i telewizji RTE. No i po jakimś powrocie miał dokładnie tę samą sytuację, a jego Pytlakowskim była 9-letnia bratanica, która swym charakterem pisma bośniackiego półanalfabety kreśliła oświadczenia na kolejne opłaty za transport czy łapówki dla watażków.
A niedługo przed wyjazdem do Göteborga dostałem burę od dyrektor finansowej, że niewłaściwie opisuję przywożone z delegacji rachunki. Na każdym – powiedziała – nawet jeśli jest to czyjeś oświadczenie, ma być wyraźnie określone przeze mnie, co zostało zakupione i w jakim celu. Tak też uczyniłem. Siedziałem sobie spokojnie w naszej kanciapie działu krajowego, ćmiłem papierosa, plotkowałem z kolegami, kiedy wpadła dyrektor finansowa z moim rozliczeniem w ręku, cała czerwona i zadęła w surmy: „To już szczyt! To jest Meller gówniarstwo i kpina! Dosyć tego dobrego. Zobaczymy, co na to powie naczelny!”. Koledzy oczywiście zastrzygli uszami, żeby się dowiedzieć, o co chodzi, ale ja już pognałem do gabinetu Jerzego Baczyńskiego, chcąc być przy kablowaniu, żeby się móc tłumaczyć.
Sekretarka „Bacza” musiała już wiedzieć, o co chodzi, bo puściła oko i życzyła powodzenia. Wszedłem, kiedy pani dyrektor sapała: „To jest skandal! Przynosi mi rachunek na skrzynkę wódki z promu, pisze na odwrocie »Co to jest? To jest karton wódki. Przeznaczenie? Nawiązanie pozytywnych kontaktów z pseudokibicami«. Pseudokibicami! Przecież to obu-rza-ją-ce!!!”.
Mam zamiar się tłumaczyć, ale widzę, że Baczyński ledwie nad sobą panuje i zaraz ryknie śmiechem, więc tylko mruczę, że tak właśnie było, wódka poszła na integrację i całkiem dobrze ta integracja wyszła, co ma swoje odzwierciedlenie w reportażu.
Baczyńskiemu udało się uspokoić i powiedział, że oczywiście to absolutnie niestosowne z mojej strony i nie rozliczy rachunku za wódkę. A tydzień później dał mi superpremię za najlepszy tekst miesiąca. Przepiliśmy ją z Dominikiem.
A chwilę później, jesienią 1995 roku, wyleciałem z „Polityki”. Z dużym hukiem i dokładnie w dniu, kiedy Legia grała z Blackburn u siebie w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Niedługo po tym, jak wreszcie po czterech latach stażowania i współpracy dostałem etat.
A wyleciałem, bo zabalowałem. Nigdy nie byłem wzorem punktualności i mistrzem terminów, ale tym razem przegiąłem w szczególnie złym momencie. „Polityka” akurat przechodziła z formatu wielkiej czarno-białej płachty na kolorowy magazyn, jakim, mimo wszystkich zmian szaty graficznej, jest do dzisiaj. Wcześniej w sumie nie miało to tak olbrzymiego znaczenia, w którym miejscu pisma idzie tekst, jeden można było podmienić innym. A układ w magazynie był dużo bardziej restrykcyjny, nie mówiąc o tym, że na początku zmian zawsze jest nerwówka. A ja pisałem reportaż o święcącym wówczas największe tryumfy disco polo do trzeciego kolorowego numeru. No i zawaliłem nieprzekraczalny termin. Dawniej pewnie dostałbym ochrzan, kazaliby skończyć do następnego numeru i wsadziliby coś innego. Teraz zostawała dziura. Więc naczelny Baczyński mnie wywalił.
Kilka dobrze mi życzących w „Polityce” osób, przede wszystkim sekretarz redakcji Piotrek Adamczewski i szef działu kultury Zdzisio Pietrasik poszli do Baczyńskiego przekonywać, że owszem, może i leń ze mnie i hulaka, ale zdolny, więc może dać mi szansę na samo pisanie. Na co Baczyński się zgodził. Mogę pisać bez gwarancji druku, a jeżeli przez kilka miesięcy będę dostarczał teksty na termin, to możemy porozmawiać o jakimś ponownym, formalnym związaniu się z redakcją. No to pisałem, ledwo wiążąc koniec z końcem, bo z samych honorariów wyżyć się nie dało, a nie miałem nawet, jak wcześniej przed etatem, skromnego ryczałtu. Tata powiedział, że jak spieprzyłem sprawę, to mam radzić sobie sam, a do nich mogę wpadać w niedzielę na obiad. Aha, i codziennie spotykałem kogoś na mieście, kto jeszcze niedawno chwalił moje teksty, a teraz nie krył radości, że mi się powinęła noga. No cóż, życie.
Kombinowałem jak mogłem, pisałem teksty do „Polityki” i brałem wszelkie chałtury na boku, jeśli się w ogóle trafiały. Kolega z działu, Wojtek Markiewicz, załatwił mi nieźle płatną fuchę w piśmie „Hotelarz”, za co mu w tym miejscu jeszcze raz serdecznie dziękuję.
Przyjaciel od dawna, Mikołaj Burchard, który wówczas importował albumy malarskie i fotograficzne, wysłał mnie busem po odbiór okolicznościowych kalendarzy świątecznych do Bawarii. Oczywiście nie miałem żadnych papierów na zawodowego kierowcę, tachometr nie działał, a mój współkierowca, również przyjaciel Mikołaja w potrzebie, kiedy już wracaliśmy, zasnął za kierownicą i zjechaliśmy z drogi po skarpie w czyjeś pole. Byliśmy przerażeni, że niemiecka policja nas aresztuje, samochód skonfiskuje czy coś w ten deseń, a oni jak przyjechali, poczęstowali kawą i sprowadzili bauera z traktorem, żeby nas wyciągnął z brei.
Ale kiedy kilka miesięcy później dostałem sygnał z „Polityki”, że są zadowoleni z mojego pisania i terminowości i że mogę ubiegać się o ponowne zatrudnienie, ja zamiast to uczynić, wykonałem hucpę miesiąca, jeśli nie roku. Gdy stanąłem przed szanownym gremium decyzyjnym, zakomunikowałem, że nie będę ubiegać się o przywrócenie do pracy, bo wyjeżdżam na rok do Afryki. I jeżeli redakcja chce, żebym jej przysyłał reportaże, to poproszę o legitymację i jakąś kasę. Resztę załatwię sobie sam. No cóż, sam się dzisiaj zastanawiam, co bym uczynił, gdybym siedział z drugiej strony stołu? Pogonił bezczelnego gówniarza czy jednak dał w sumie niewielkie pieniądze ambitnemu i skłonnemu do ryzyka młodzieńcowi? W „Polityce” wybrali drugie rozwiązanie i bardzo im jestem za to wdzięczny.
Jak bardzo często w moim życiu, pomogli przyjaciele. Zdobywali dla mnie po kilkaset dolarów na podróż, a to za obietnicę ekskluzywnego pokazu slajdów z opowieściami po powrocie dla rodziny biznesmenów, a to za zdjęcia jakiegoś dziwnego plemienia w koszulkach pewnej małej firmy. Któregoś ranka obudził mnie telefon:
– Dzień dobry panu, mówi Ryszard Kapuściński. Słyszałem, że wybiera się pan znowu do Afryki. Czytałem pańskie reportaże i mi się podobały. Może znajdzie pan chwilę przed wyjazdem i zajrzy do mnie?
Cóż mam powiedzieć? Że osłupiałem? Oniemiałem? Zatkało mnie? Wybełkotałem, że z przyjemnością. Przesiedziałem ze dwie godziny w pracowni pana Ryszarda, słuchałem rad i opowieści, dał mi wiele swoich afrykańskich namiarów, z których korzystałem w nadchodzących miesiącach. A kiedy wychodziłem, wręczył mi kopertę. Spytałem, cóż to jest. Odpowiedział, że takie małe stypendium na soft drinki. W środku było 300 dolarów. Powiedziałem, że nie mogę ich przyjąć. Uśmiechnął się i powiedział, żebym się nie wygłupiał, jemu też ktoś kiedyś pomógł.
I tak, razem z tym, co odłożyłem z pisania, ruszałem do Afryki z dwoma tysiącami dolarów w kieszeni. Mało, bardzo mało, biorąc pod uwagę, że chciałem nie tylko podróżować, ale i pisać z miejsc, do których samo dostanie się kosztowało wiele, a życie na miejscu jeszcze więcej. Ale liczyłem na to, że coś mi wpłynie z wysyłanych tekstów, no i na swoją szczęśliwą gwiazdę. Która od razu zajaśniała, bo ledwie wylądowałem w Afryce, dowiedziałem się, że holenderski tygodnik drukuje tłumaczenie mojego artykułu z „Polityki” o twarzy współczesnych wojen, a płacą (mnie, nie redakcji, jakby się to stało dzisiaj, takie to wspaniałe czasy były!) jakieś absurdalnie wysokie na ówczesne polskie warunki honorarium. O ile mnie pamięć nie myli tysiąc guldenów, czyli ponad 500 dolarów. A wtedy to naprawdę była kupa szmalu.
No i miałem przed sobą wiele miesięcy – dopóki kasa starczy – wolności ograniczonej tylko moimi decyzjami i fantazjami. Bezcenne.

