Spragnieni pięknej i eleganckiej prozy? Misternie utkanej, cudownie zniuansowanej powieści o rodzinie? Sagi rozpiętej na kilkadziesiąt lat, historii pokazującej, że przeszłość nigdy nie jest do końca przeszłością, a czas weryfikuje wszystkie niepodważalne pewniki? No to macie Dom Holendrów Ann Patchett. Dla mnie absolutny sztos. Jak napisałem w blurbie, czyli polecajce na tylnej okładce:
„Nie ma w literaturze przypowieści o matce marnotrawnej – Ann Patchett tworzy więc własną: piękną, bolesną i przejmującą. Dom Holendrów to jeden z najlepszych portretów rodziny, jakie czytałem. Autorka jest mistrzynią dystyngowanej i wciągającej prozy, a pod jej piórem całkiem zwyczajne życie zamienia się w opowieść, od której nie mogłem się oderwać.”
W Ann Patchett zakochałem się 9 lat temu, gdy przeczytałem Stan zdumienia. Bijący z powieści emocjonalny chłód i bezwzględność miały dla mnie w sobie coś wręcz złowieszczego. Opowieść o naukowcach pracujących w amazońskiej dżungli nad lekiem, który może zmienić losy świata, nie była thrillerem, ale lektura przypominała spoglądanie w oczy węża – była fascynująca i przerażająca. Zdumiony, tak właśnie, zdumiony byłem, jak autorka w czasach, gdy oglądamy wszystko na ekranach telewizorów czy komputerów i wiemy, że dżungla to dżungla, potrafi ją opisywać całymi akapitami, a ja te opisy chłonę zafascynowany. W jeszcze większe zdumienie wpadłem, gdy dowiedziałem się, że Patchett nigdy nie była w opisywanej przez siebie Brazylii, nigdy nie zajrzała do fascynującego w jej opowieści Manaus, raz wybrała się na wycieczkę do peruwiańskiej części Amazonii i szybko miała dosyć. Jeśli to nie potęga wyobraźni i pisarski kunszt, to już nie wiem, co nim jest.
I ten przeogromny talent narracyjny bije z Domu Holendrów i tak samo budzi moje zdumienie – jak można zaczarować opowieścią o zupełnie nienadzwyczajnym życiu patchworkowej rodziny z Filadelfii, historią o utracie i odkupieniu, jak delikatną kreską szkicować wnikliwe portrety psychologiczne bohaterów. Pisarska magia.
No i jeszcze mój mały czytelniczy feblik: im więcej jest powyginanej prozy, mniej lub bardziej udanych eksperymentów formalnych, często przykrywających fakt, że autor tak naprawdę niewiele ma do powiedzenia, tym bardziej doceniam powieści napisane po bożemu, gęste od sensu i treści, pozwalające zastanowić się także nad naszym zwyczajnym życiem. Taki jest Dom Holendrów. I co istotne, napisany jest przystępnie i przyjaźnie dla czytelnika bez względu na jego wykształcenie czy oczytanie. Jest po prostu piękny – jak jego okładka, na której znajduje się obraz współczesnego malarza amerykańskiego Noaha Saterstorma. Artysta jest przyjacielem Patchett i ta poprosiła go o namalowanie portretu bohaterki powieści, który odgrywa istotną rolę w Domu Holendrów. Jak mi tłumaczył Saterstorm, obraz miał wyglądać na stworzony w latach 50., ale w stylu portretu edwardiańskiego. Uważam, że rezultat jest zachwycający. Tak jak powieść, do której zaprasza.
Przełożyła Anna Gralak.

