„Yellowstone”

Nie pisałem nic o „Yellowstone”, bo obejrzałem rzecz stosunkowo późno i wydawało mi się, że wszyscy widzieli albo przynajmniej słyszeli o zjawisku. Tymczasem co i rusz napotykam ludzi, którzy robią wielkie oczy, kiedy nawiązuję do „Yellowstone” jak do oczywistej oczywistości. Taki uboczny skutek funkcjonowania w bańkach.

A więc najkrócej rzecz ujmując: „Yellowstone” to jeden z najlepszych seriali, jakie kiedykolwiek oglądałem. A oglądam tego cholerstwa niezdrowo dużo. Kiedy swego czasu wrzuciłem mój serialowy Top 200 (jest na stronie), Wojtek Chmielarz się śmiał, że on tylu seriali w życiu nie widział, a ja tu wyjeżdżam z czołową dwusetką. No więc mam papiery przynajmniej jeśli chodzi o panoramę. I jeśli zrobię mój top AD 2025, to „Yellowstone” wskakuje na bank do pierwszej dziesiątki. Kto wie, na którym miejscu.

To dzieło zarazem klasyczne i totalne. Jest dzisiaj pierdyliard seriali tematycznych, skrojonych na potrzeby takiego a takiego targetu, o różnym stopniu powtarzalności, dziwności, niszowości, banału bądź wykręcenia. Zachowując proporcje: jest multum monografii o „Iliadzie”, dzieł przyczynkarskich czy reinterpretacji poszczególnych wątków, a tu ktoś był na tyle bezczelny i butny (i mocno utalentowany), że po prostu pyknął nową „Iliadę”. Taylor Sheridan się typ nazywa i jest geniuszem narracji.

Kiedy pierwszy raz usłyszałem o „Yellowstone”, nie paliłem się do oglądania. Western osadzony we współczesnej Montanie? Znowu Kevin Costner? Konie, bydło i pickupy kontra współczesne bezosobowe korporacje? Nigdy tak naprawdę nie byłem wielkim fanem westernu jako gatunku. Ok, jako dzieciak John Wayne, potem Sergio Leone i Clint Eastwood. Ale bez szału na kortach, jeśli chodzi o gatunek.

Przekonałem się chyba, gdy kolega zażartował, że „Yellowstone” to historia Podkarpacia napieprzającego się z Warszawką (Nowym Jorkiem) i Krakówkiem (Kalifornia). Brzmiało dobrze.

Niektórzy porównują „Yellowstone” do „Sukcesji”. Jest coś na rzeczy. Walka o władzę, wielkie pieniądze i namiętności, toksyczna królewska rodzina. Sam miałem takie skojarzenia. Ale „Sukcesja” jest na wskroś zimna jak szklane biurowce Manhattanu, a „Yellowstone” aż parzy niczym rozbuchane ognisko. W „Sukcesji” nikogo nie sposób polubić, w „Yellowstone” nawet najwięksi dranie w którymś momencie potrafią obudzić sympatię. Grany przez Costnera John Dutton (grany? On był Duttonem) jest zarazem straszny i wspaniały, kochasz go i nienawidzisz, jest w nim piękno, szlachetność i najczarniejszy mrok. O roli jego córki Beth, granej przez Kelly Reilly, marzyłaby chyba każda aktorka świata, a to, co ruda Angielka (którą śledzę od czasów „L’Auberge Espagnole” – „Smak życia”) odwala tutaj, to kosmos podkręconej do oporu epickiej sukowatości podszytej traumami i ranami. A relacja z ojcem i ojca z nią? No szkoda słów, trzeba zobaczyć. No i jej brat Kayce, grany przez Luke’a Grimesa, którego pięknych ballad country namiętnie teraz słucham. I oczywiście, że trzymałem za niego kciuki, heloł!

Szokowało mnie upakowanie dziewiętnastowiecznej brutalności w dwudziestopierwszowieczny świat światowego mocarstwa. Tu jest tylko czysta walka o przetrwanie. Urzędy, procedury, zasady to przykrywki dla frajerów, wykorzystywane przez ludzi z frazesami na ustach. Liczy się tylko siła. I bohaterowie „Yellowstone” wiedzą, że tak zawsze było i jeśli sam się nie obronisz, to nikt cię nie obroni. Kiedy Kayce spotyka wilka, mówi: „Nie jestem twoim przyjacielem, tylko wrogiem, czy mi się to podoba, czy nie”.

Wielu krytyków mówiło, że „Yellowstone” tłumaczy fenomen poparcia dla Trumpa lub że wręcz to serial trumpistowski. To pierwsze – na pewno. „My mamy marzenia, oni handel” – to skrót myślowy, ale charakterystyczny. „Dzisiaj zrobiłeś dobrą rzecz. Złamałeś zasadę, której w ogóle nie powinno być”. Beth mówi do ojca: „Świat już nie ceni twojego sposobu życia, tato. To, co nadciąga, to nie wróg, to perspektywa”. Ale John Dutton o tym wie. Wie, że tańsze brazylijskie mięso z wypalanej Amazonii wyprze amerykańskie, że świat kowboi się kończy, ale ma to gdzieś i rzuca wyzwanie światu w myśl wiekopomnej zasady Franka Maurera z „Psów”: „w imię zasad skrwsynu”. Jak sam mówi o koniu: „Nie zasłużył na śmierć tylko dlatego, że nie można go ujeździć. Mnie też nie można”. I wie, że gdy jego świat odejdzie, skończą się legendy. I nic ich nie zastąpi.

Bohaterowie „Yellowstone” mają więcej wspólnego z teoretycznymi odwiecznymi wrogami – Indianami / rdzennymi Amerykanami – niż ludźmi ze wschodniego i zachodniego wybrzeża. „Dzisiaj światem rządzą tchórze. Z tchórzliwym prawem i zwyczajami. Dziś odnosisz sukces, obwiniając i oskarżając.”

„Nie ma czegoś takiego jak moralność. Masz ziemię albo nie masz.” – mówi ojciec, a córka dodaje: „Wierzę w to, że można kochać całym sobą i pragnąć zgładzić wszystko, co chce zniszczyć to, co kochasz.” I w tym zdaniu zawiera się chyba całe piękno i okrucieństwo tej epickiej opowieści.

A przepędzanie bydła w piątym sezonie to czysta poezja, popis mocy tego niesamowitego serialu.

Udostępnij:
7