Bardzo dobra propozycja na inaugurację prezydentury Donalda Trumpa. Kiedy film „Wybraniec” („The Apprentice”) trafiał w zeszłym roku do amerykańskich kin, jego główny bohater zareagował w swoim charakterystycznym stylu: „Tania, oszczercza i politycznie obrzydliwa krytyka, wypuszczona tuż przed wyborami prezydenckimi w 2024 roku, by spróbować zaszkodzić największemu ruchowi politycznemu w historii naszego kraju. MAKE AMERICA GREAT AGAIN!”
Dowcip polega na tym, że jestem w stanie sobie wyobrazić ludzi, którzy, obejrzawszy „Wybrańca,” zafascynują się Trumpem. Świadczą o tym pośrednio negatywne recenzje autorów o zdecydowanie antytrumpistowskim nastawieniu – że film zbyt relatywizuje, uzasadnia, tłumaczy.
Dla mnie najważniejsze jest to, że to świetny, żywy i mocny kawałek kina.
Opowiada o tym, jak młody, niezbyt pewny siebie, przytłoczony przez ojca przedsiębiorca budowlany staje się postacią, która zawładnie światem. Mamy rok 1973, gdy do swojego stolika w modnym nowojorskim klubie zaprasza Trumpa Roy Cohn. Adwokat, załatwiacz, Żyd, gej (czemu publicznie zaprzeczać będzie do śmierci z powodu AIDS – chorobie, której istnieniu również zaprzecza), znający wszystkich w Nowym Jorku i w amerykańskiej polityce, gotowy na wszystko w imię osiągnięcia celu. Jako młody prawnik pomagał w skazaniu na śmierć małżeństwa Rosenbergów, szpiegujących dla Sowietów, był doradcą słynnego senatora McCarthy’ego.
Pomaga rodzinie Trumpa w ich biznesowych kłopotach i staje się mentorem młodego Donalda. Uczy go trzech najważniejszych zasad. Po pierwsze: atakuj, atakuj, atakuj. Po drugie: do niczego się nie przyznawaj, wszystkiemu zaprzeczaj. Po trzecie: nieważne, co się stanie, ogłoś zwycięstwo i nigdy, przenigdy, nie przyznawaj się do porażki. Oraz pamiętaj, że w życiu liczy się tylko siła – żadna moralność, żadne zasady, tylko siła. Są tylko zwycięzcy i frajerzy. Jak dobrze wiemy, uczeń przyswoił nauki na piątkę. Dowie się tego także Cohn, gdy jego wychowanek go zdradzi.
Cynizm nauk Cohna przypomina dialogi z „Sukcesji,” którą wspominam nieprzypadkowo, bo gra go świetnie Jeremy Strong, serialowy Kendall. Ma znakomitego partnera w Sebastianie Stanie, który nie jest podobny do Trumpa, nie szarżuje, nie aktorzy, a jednak jest totalnym Trumpem, czy raczej pre-Trumpem. To jest prawdziwy popis aktorski – to, co wykonuje ta dwójka.
Bez względu na to, jaki macie stosunek do Trumpa, polecam.
Film wypożyczyłem na Rakutenie.

