Jak napisać biografię człowieka, którego zna każdy Polak i wszystkim się wydaje, że wiedzą o nim wszystko? Który, gdy przechodzi przez ulicę, media żywią się tym przez tydzień? Który doczekał się już kilku biografii pisanych i filmowych. Odpowiadam: trzeba to zrobić jak Sebastian Staszewski w książce „Lewandowski. Prawdziwy”.
Wojciech Szczęsny napisał w blurbie: „Staszewski jest tak konsekwentny, że aż upierdliwy, i tak dociekliwy, że aż wkurzający. Ale właśnie to pozwoliło mu zbliżyć się do prawdy o Robercie.” I dostałem to, co bardzo lubię, a co łatwe nie jest: krytyczny portret człowieka, którego szanuję i podziwiam. Z przyjemnością i rozczuleniem obejrzałem „Lewandowskiego nieznanego” na Amazonie, ale był to słodziutki cukiereczek do powzruszania się i powzdychania, jaki ten nasz Bobek wspaniały. U Staszewskiego jest facet z krwi i kości, z wadami, śmiesznostkami, słabościami, który nie był zachwycony, że powstaje nieautoryzowana biografia. I niesamowita, wykonana przez autora praca: ponad 250 rozmówców, wykopane historie, prostowane mity, zaskakujące sploty losów.
Może wyda Wam się to dziwne, ale czytając „Lewandowskiego. Prawdziwego”, wspominałem „Kapuścińskiego. Non-Fiction” Artura Domosławskiego. Obydwaj autorzy wzięli się za swoich bohaterów, bo uważali ich za gigantów, wykonali olbrzymią, uczciwą robotę i wyszły z niej nie pomniki, lecz fascynujące portrety skomplikowanych i niełatwych ludzi. I mimo wszystkich „ale” mój szacunek do nich wzrósł.
I czytając liczącą blisko 700 stron opowieść Staszewskiego, znów byłem trochę takim chłopcem zakochanym w piłce nożnej i chłonącym opowieści o jej kulisach i herosach. Pochłaniałem ją jak przygodówkę i – mimo że znałem ciąg dalszy – zaciskałem kciuki za powodzenie bohatera, który rósł wbrew wszystkiemu. „Starsi piłkarze nigdy mi nie imponowali. Imprezowanie z nimi również. Patrzyłem na nich i myślałem: bawcie się, to wasza sprawa, ja pobawię się po karierze. Wiesz, dlaczego ludzi w Polsce mnie nie rozumieją? Bo nigdy nie miałem polskiej mentalności. Nie zadawalałem się małymi rzeczami. Wielu kolegów cieszyło się z piwa wypitego z jakimś weteranem. Ja chciałem pisać swoją historię na własnych zasadach.”
I zrobił to, a Staszewski opowiedział ją na swoich zasadach. Ku mojej wielkiej frajdzie.
Wydawnictwo SQN

