Maciej Marcisz, „Znaki zodiaku”

Jak ja się z tego cieszę: nowa powieść lubianego autora, jego znajomy kosmos, ale jednak inaczej, bo pisarz zdolny jest, rozwija się i poszerza pole walki. Tak mam ze Znakami zodiaku Macieja Marcisza. Kibicuję mu od debiutanckich Taśm rodzinnych sprzed 5 lat (aż chciałoby się zacytować klasyka: „o k…a mać, jak z…a czas!”), rad byłem gdy poszedł dalej w najtrudniejszej książce każdego autora, czyli w drugiej; Książka o przyjaźni była świetna. I teraz trójeczka, czyli Znaki zodiaku.

Dla mnie bomba, a raczej bombka, bo jak zwykle u Marcisza powieść jest krótka, autor się nie rozpisuje, lecz zagęszcza. Pewnie ma to jakiś związek z tym, że pisze swe powieści ręcznie, co jest zabawne u gościa rocznik 1988, ale efekty są świetne.

A więc mamy grupkę poobijanych przyjaciół – millenialsów na wakacjach w Toskanii. Głośny pisarz pokolenia, któremu grozi demaskacja konfabulacji o swoim ciężkim losie dziecka z wykluczonej rodziny, jego przyjaciółka z czasów licealnych, po mocnym kryzysie psychicznym i porzuceniu korpo, w nieustającym kryzysie finansowym, jej chłopak normals do kwadratu i gospodyni, zblazowane dziewczę z bogatej rodziny.

Marcisz jest świetny w obyczajówkę, celne i złośliwe obserwacje (jego bohater: „Nie wiem, co jeszcze napisać, więc zrobię to, co na pewno potrafię: napiszę trochę o sobie”), świeże diagnozy, opisy mody na Berlin, gwiazdorskiego statusu terapeutów czy niechęci do wiosny. Lekko, nienachalnie i mądrze pisze o pierwszym kryzysie zbliżających się do 40-tki millenialsów i panikujących z tego powodu, bo przecież mieli być wiecznie młodzi i obiecujący, o pieniądzach, zderzaniu się ze światem, świadomości, że jednak nie wszystko jest możliwe w życiu, o klasowości, złudzeniach i śmiesznostkach lewicowo-liberalnej klasy średniej. O tym, że bliskość z innymi ludźmi dana jest na pewnym etapie życia, my się zmieniamy, oni się zmieniają.

Koncept psychodramy w pięknych okolicznościach przyrody i niepowtarzalnych nie jest nowy, ale jak mawiają Francuzi, to ton decyduje o piosence, a Marcisz ma tony oryginalne, świeże, własne, więc czyta się znakomicie, kiedy jego bohaterowie zauważają, że jest język do opisania początków i końców związków, zakochania i rozpadu, ale gorzej z tym, co w środku. I starają się ten język tworzyć. Albo gdy bohaterka narzeka na swe, jak sądzi, przegrane życie i słyszy: hej, jesteś wykształconą laską z bogatej Północy! I to jest świetna powieść – jak to się często ironicznie mówi – o problemach pierwszego świata, naszego świata.

To, co dla mnie istotne to, że Marcisz nie jest zjadliwy. Kpiący tak, ale ze zrozumieniem, że w życiu różnie się plecie i prosty jest tylko przedziałek na tyłku.

Jak Francuzi tak piszą albo filmują, to się mawia, że super francuskie ciasteczko. No to Marcisz machnął tu zacne tiramisu czy szczególnie przeze mnie lubiane toskańskie panforte.

Wydawnictwo W.A.B.

Udostępnij:
7