Kaveh Akbar, „Męczennik!”

Najpierw ogłoszę wszem i wobec, że powieść „Męczennik!” 36-letniego irańsko-amerykańskiego pisarza Kaveha Akbara jest wspaniała. Błyskotliwa, mądra, zabawna, wzruszająca, absurdalna, smutno-komiczna, przejmująca, pięknie napisana, wciągająca, zasysająca.

Ale na początku nie wiedziałem, o co dokładnie chodzi, dokąd zmierza ta historia. Więc przez pierwsze 30–40 stron obwąchiwałem tekst — czytało mi się przyjemnie, bo autor pysznie włada piórem (co świetnie oddaje przekład Jerzego Kozłowskiego), ale zastanawiałem się, czy to nie jest tylko bardzo sprawna literacka zabawa (w czym skądinąd nie byłoby nic złego).

Ale nie, moi mili — to egzystencjalna petarda. Kapitalnie napisana rzecz o poszukiwaniu sensu życia, o żałobie, żalu, stracie, o samotności, pustce i desperackiej próbie jej wypełnienia, o wykorzenieniu, kulturze, tradycji, wierze i ich fundamentalnych rolach w życiu człowieka (no, niektórych ludzi).

Nasz bohater, trzydziestokilkuletni Cyrus Shams, którego jedynymi osiągnięciami — jak mówi — są trzeźwość (bo był uzależniony od wszystkiego) i dyplom anglistyki, pracuje teraz na uniwersytecie, odgrywając umieranie przed studentami medycyny. Matki prawie nie pamięta — zginęła w zestrzelonym przez Amerykanów nad Iranem pasażerskim samolocie. Zrozpaczony ojciec zabrał chłopca i wyjechali do Stanów, gdzie harował na fermie drobiu, by zapewnić Cyrusowi wspaniałą, a przynajmniej przyzwoitą amerykańską przyszłość — jak najdalej od perskich klątw historii i przeznaczenia.

Cyrus, który po śmierci ojca zostaje sam, próbuje zrozumieć swoją przeszłość i tożsamość — i coraz bardziej daje się nieść jakże irańskiemu pragnieniu męczeństwa i obsesji na punkcie śmierci. Żeby nadać życiu sens, postanawia napisać książkę o męczennikach, w której Joanna d’Arc spotykałaby Bobby’ego Sandsa, a przeważaliby laiccy, pacyfistyczni męczennicy.

„Uważał, że hiperskupienie na powodach do wdzięczności uczyni jego śmierć bardziej przejmującą, cenniejszą. No bo kiedy zabija się jakaś ofiara losu, która nienawidzi życia, z czego tak naprawdę rezygnuje? Z życia, którego nienawidziła? Dużo bardziej znaczące, uważał Cyrus, jest odcięcie się od życia sprawiającego przyjemność – z wciąż ciepłą herbatą, z wciąż słodkim miodem. To była prawdziwa ofiara. To coś znaczyło.”

A czy jego ukochana mama, która poniosła tak bezsensowną śmierć, jest męczennicą?

Na swojej drodze w poszukiwaniu sensu spotyka umierającą malarkę Orkide, która ze swojej śmierci postanowiła uczynić spektakl i terapię w jednym — wystawiając się na pokaz w Muzeum Brooklińskim.

„Odwiedzający będą mogli porozmawiać z artystką w ostatnich tygodniach i dniach jej życia, które spędzi na miejscu, w muzeum. Rezerwacje terminów nie są wymagane.”

A Cyrus rozmawia na raz z duchami Szeherezady i Spider-Mana.

Brzmi to wszystko nieco dziwnie? Bo jest dziwne. I wspaniałe. I będzie zrozumiałe pod każdą szerokością geograficzną, mimo że opowiada o bardzo specyficznym doświadczeniu historyczno-kulturowym. Autor „Męczennika!” jest też poetą, a akcję powieści napędzają wiersze napisane przez jego bohatera — kilka z nich naprawdę dźgnęło mi duszyczkę.

No co Wam będę dłużej gadał — piękna, wzruszająca i dająca do myślenia rzecz. Taka z kategorii, którą bardzo cenię, a trudno trafić: literatura z wyższej półki, dużej urody, którą czyta się jak przygodówkę.

Wydawnictwo FILIA

Udostępnij:
7