Mam dzisiaj podarunek dla wyrafinowanych smakoszy, a jednocześnie coś bardzo prostego. Jak kromka razowego z masłem. Ale wiecie, to musi być świetny razowiec, być może trzeba się po niego kopnąć do tej konkretnej piekarni kilka ulic albo i dzielnicę dalej. Masło też nieprzypadkowe. I musi być odpowiedniej konsystencji, twarde, ale nie za bardzo. A niektórzy dosypią soli, albo wetrą czosnek. Lub go pokroją. A potem bierzecie gryza i otwiera się niebo. Ale ktoś inny puknie się w głowę: „O co się rozchodzi? Przecież to tylko chleb z masłem.” Tak, dla ciebie tylko, dla nas aż, nie jesteśmy tacy sami.
I tak właśnie jest z grubym tomem Josepha Mitchella „W starym hotelu. Reportaże z nowojorskiej ulicy”. W Stanach jego teksty, latami publikowane w „New Yorkerze”, są klasyką, kanonem. Zachwyciłem się nimi tak, jak przed laty prozą Marka Nowakowskiego. Amerykanin niby pisał reportaże, ale etykietki nie mają tu znaczenia. Nieważne, jaka to forma – liczy się piękna opowieść, wrażliwość, słuch doskonały i chęć słuchania. Dziwacy, samotnicy, outsiderzy, marzyciele i przegrani opisani są z czułością, ale bez sentymentalizmu. Zwykłym ludziom i ich małym życiom Mitchell dodaje szczyptę magii, nie ocenia, opowiada, a wszystko to otula nostalgia za odchodzącym światem. Piękna, cudownie zwyczajna literatura. Melancholijna jak poranna mgła nad rzeką.
I jest wielka tajemnica tworzenia. Dlaczego po napisaniu arcydzielnego „Sekretu Joe Goulda” Mitchell zamilkł na zawsze? Przez kolejne 31 lat przychodził niemal codziennie do redakcji „New Yorkera”, ale już nigdy więcej niczego nie opublikował? Zacznijcie od treściwej przedmowy Davida Remnicka, potem przeczytajcie pierwszy reportaż o Joe Gouldzie („Profesor Mewa”), następnie „Sekret”, a potem skaczcie po zbiorze wedle gustu i cieszcie się smakiem razowca.
Przełożyli Kaja Gucio i Jakub Marek Klawe.
Znak Literanova / Wydawnictwo Znak

