Bernard Gromek, „Revolterium”

No toż to jest czyste złoto to „Revolterium” Bernarda Gromka! Przygodowa, łotrzykowska, przewrotna, inteligentna powieść osadzona w buzującym rewolucyjnym wzmożeniem 1848 roku Krakowie. I to jest debiut! Łopanie! Czy wiecie, jakie to jest szczęście — po zaglądaniu do kolejnych średnich, wtórnych, produkowanych na akord powieści różnych gatunków — dostać coś takiego? No po prostu gromek z jasnego nieba.

Przede wszystkim najważniejsze: bawiłem się w taki najczystszy czytelniczy sposób, jak niegdyś czytając Dumasa, Péreza-Reverte czy oglądając „Małego wielkiego człowieka”.

Jestem historykiem z wykształcenia i szapo z głów, jak autor przetrawił wszystkie dyskusje z ostatnich lat o ludowej historii Polski, rabacji galicyjskiej, i zrobił z tego rewelacyjny pop. Naturalistyczny, brutalny, okrutny, śmierdzący, odrażający i wspaniały. No i ten wzniosły świat bohaterów, który znamy z podręczników, u Gromka jest kwaśny jak nasza współczesna polska polityka. Zaskakujące, ale bardzo odświeżające. I w opór erudycyjne — jestem pełen bezbrzeżnego podziwu, ile muzyk Gromek (bo jest muzykiem) przeczytał, żeby wpleść prawdziwą historię w swoją opowieść. I mega doceniam sztukę niuansowania historycznego, oglądania problemu z kilku stron.

No i ten Kraków! Jeszcze nigdy tak jak u Gromka nie miał w sobie takiej siły i… No dobra, trochę pojechałem, ale kapitalny jest ten Kraków u niego roku rewolucyjnego 1848. Ulice, miejsca, domy, syf. Aż się prosi o film z dużym budżetem i w roli głównej mamroczący Tom Hardy.

Mamroczący, bo taki styl ma Hardy, ale przede wszystkim dlatego, że mu wszystkie zęby za Polskę wybili. Znaczy Maksymilianowi Kromowi, świetnemu głównemu bohaterowi. Porzucił studia medyczne, by w Paryżu szkolić się na powstańca i rewolucjonistę. Uwięziony za udział w Powstaniu Krakowskim 1846 roku, wychodzi dwa lata później, kiedy zaczyna się akcja powieści i Wiosna Ludów, choć wspomnienia makabrycznych wydarzeń sprzed dwóch lat są istotnym elementem powieści.

Po dwóch latach więziennej gehenny Krom ma wszystkiego dosyć: rewolucji, powstań, wielkich słów i nawiedzonych ludzi. Ale jest zaginiona kasa powstańczego rządu sprzed dwóch lat, do której chce się dobrać wielu wpływowych ludzi, i na nieszczęście Kroma uważają, że wie, gdzie jest ukryta.

Akcja toczy się jak porąbana, jest świetne tempo i może trochę za wcześnie, bo luty, by mówić, że to debiut roku, ale jest to na pewno jeden z najlepszych debiutów ostatnich lat. I walić debiuty, walić szufladki — jest to rewelacyjna powieść, od której nie mogłem się oderwać w Etiopii, a uwierzcie mi, jak jestem w Etiopii, to chcę żyć i chłonąć, a nie czytać książki. Ale na moje nieszczęście zacząłem czytać, poległem i teraz jaram się dla Was jak pochodnia. Czego i Wam życzę. I ciekaw jestem jak cholera dalszych losów Gromka pisarza.

Wydawnictwo Znak

Udostępnij:
7