Ann Patchett, „Stan zdumienia“

Od tej wspaniałej, hipnotyzującej powieści zaczęła się 11 lat temu moja przygoda z Ann Patchett. Wiosną 2021 roku polecałem Wam jej najnowszą książkę: Dom Holendrów. Nikt chyba się nie spodziewał, że stanie się w Polsce aż takim bestsellerem. Dla mnie bomba. Wydawnictwo Znak postanowiło pójść za ciosem i wznowić Stan zdumienia. Cieszę się i zazdroszczę tym spośród Was, którzy jeszcze jej nie znają. Cóż za uczta przed Wami!

Wtedy, ponad dekadę temu, tak opisywałem swoje wrażenia i emocje: „Jeżeli określenie 'dystyngowana proza’ coś jeszcze znaczy, to właśnie taką otrzymujemy od amerykańskiej autorki. Bijące z powieści emocjonalny chłód i bezwzględność mają w sobie coś wręcz złowieszczego. Opowieść o naukowcach pracujących w amazońskiej dżungli nad lekiem, który może zmienić losy świata, nie jest thrillerem, ale jej lektura przypomina spoglądanie w oczy węża – jest fascynująca i przerażająca.”

Zdumiony, tak właśnie, zdumiony byłem, jak autorka w czasach, gdy oglądamy wszystko na ekranach telewizorów czy komputerów i wiemy, że dżungla to dżungla, jak wygląda w każdym wariancie, potrafi ją opisywać całymi akapitami, a ja te opisy chłonę zafascynowany. Ani przez myśl mi nie przeszło licealne cierpienie, które towarzyszyło mi przy przyswajaniu Nad Niemnem Orzeszkowej, z jej peanami na cześć przyrody, równie frapującymi jak oglądanie taśmociągu z węglem.

W jeszcze większe zdumienie wprawiło mnie wtedy, gdy dowiedziałem się, że Patchett nigdy nie była w opisywanej przez siebie Brazylii, nigdy nie zajrzała do fascynującego w jej opowieści Manaus. Raz wybrała się na wycieczkę do peruwiańskiej części Amazonii i szybko miała dosyć. Jeśli to nie potęga wyobraźni i pisarski kunszt, to już nie wiem, co nim jest.

W powieści pojawia się w pewnym momencie, postawiony w sposób brutalny, jak wszystko zresztą, problem: czy przybysz z lepszego świata powinien ingerować w obce, w domniemaniu gorsze, niższe kultury? „Pytanie, czy postanawia pani zakłócić porządek otaczającego świata – mówi jedna z bohaterek – czy może pozwolić mu trwać, jakby nigdy się pani nie zjawiła. Na tym polega szacunek dla rdzennych mieszkańców”.

Dyskutująca z nią lekarka idealistka przekonuje, że jej rozmówczyni dobrze postąpiła, pomagając rannej dziewczynce, zamiast kontynuować badania naukowe. Ta odpowiada: „Działania, które pani podziwia, są nierozsądne, były odruchowe, przywiozłam je ze sobą z zachodnim wykształceniem medycznym. Powinna pani zapytać, co by się stało z dziewczynką, gdyby mnie nie było. Plemię miało kogoś, kto radził sobie z takimi sytuacjami przed moim przybyciem i wykorzystałby wszelkie dostępne środki, by jej pomóc. Czy miałby sterylną igłę? Raczej nie. Czy ona by umarła? Bardzo wątpliwe. Ale skoro już pani moralizuje, warto zadać sobie następne pytanie: co się stanie ze zranioną dziewczynką po moim wyjeździe? Czy plemię nadal ufa człowiekowi, który zszywał głowy przede mną? Zachował swoje umiejętności czy za bardzo skupił się na obserwowaniu moich? Nie zamierzam tu zostać na zawsze”.

Pamiętam moje oszołomienie, jak mocna („męska”, he he) to jest proza i jak nie potrafiłem ogarnąć, że jej autorką jest kobieta. Dzisiaj, dekadę później, jestem nieco mądrzejszy, ale niezmiennie pozostaję zdumiony Stanem zdumienia.

Udostępnij:
7