Andreas Viestad, „Obiad w Rzymie. Historia świata w jednym posiłku”

Ależ to pyszna książka! Przyznaję, że miałem w jej przypadku turbodoładowanie motywacyjne, bo wpadła w moje łapska, gdy podróżowałem wakacyjnie po Włoszech, obżerając się ponad miarę i zmierzając powoli z Apulii do Rzymu. Ale już pierwsze kilkanaście stron było jasnym dowodem, że zachwyciłbym się książką norweskiego krytyka kulinarnego i autora popularnych programów telewizyjnych o kuchni skandynawskiej, nawet gdybym ją czytał w listopadzie, w hotelu pracowniczym pod Grójcem.

Andreas Viestad jest wspaniałym gawędziarzem i wykwintnym erudytą, konsumującym książki i artykuły łapczywie niczym kolejne antipasti, co w połączeniu daje wspaniałą opowieść z gatunku „ucząc bawi, bawiąc uczy”. Najpierw prosty pomysł: Norweg siedzi w swojej ulubionej rzymskiej restauracji „La Carbonara” na Campo de’ Fiori, którą odwiedza od ćwierćwiecza, podjadając niezmienne smakołyki lokalu, które służą mu za pretekst do iście barokowych szarż narracyjnych. Zwykły rzymski chleb moczony w oliwie staje się impulsem do opowieści o narodzinach i upadku Cesarstwa Rzymskiego. Złupienie przez piratów portu w Ostii w 68 roku p.n.e. splata się z atakami 11 września i prowadzi do gorącej dyskusji o pieczywie, które tysiąc lat temu przyczyniło się do podziału chrześcijaństwa.

„Niezakwaszony chleb jest martwy i bezduszny, bo nie ma w sobie zakwasu ani soli, które są duszą i myślą Mesjasza” – pisał patriarcha Konstantynopola Michał Cerulariusz do papieża Leona IX. Po rzymskiej stronie ekspertem do spraw wypieków został kardynał Humbert, znany jako fanatyk o żywiołowym temperamencie, co ilustruje jego odpowiedź: „Gdybyś w wyniku uporu i niechęci nie zmuszał swego umysłu do stania w sprzeczności z prawdą, myślałbyś jak my i musiałbyś przyznać, że Jezus Chrystus podczas ostatniej wieczerzy rozdał uczniom niezakwaszony chleb”.

Oliwa prowadzi Viestada do Marcina Lutra i Reformacji, a sól – do rewolucji francuskiej i wojny secesyjnej.

Viestad, czuły na historię, między innymi za sprawą swojej żony archeolożki, pisząc o roli jedzenia w napędzaniu dziejów, smakach zmieniających nasze życie i składnikach nas kształtujących, stwierdza: „Patrząc w ten sposób możemy – bez cienia przesady – dopatrzeć się więcej historii w kotlecie albo misce makaronu niż w Koloseum lub jakimkolwiek innym zabytku”.

Gdzieś pomiędzy obrazkami obyczajowymi z czerwcowej kolacji w 2018 roku w „La Carbonarze”, miłosno-ironicznymi uwagami o włoskiej kulturze kulinarnej, balladami o Rzymie i Wielką Historią opowiadaną z perspektywy żywności, autor snuje refleksje o roli restauracji jako instytucji w naszej cywilizacji. To przewspaniałe gawędy, na przykład o różnicy między pogonią za nowościami kopenhaskiej Nomy a niezmiennością włoskiej tradycji reprezentowanej przez „La Carbonarę”.

Dla łasucha-praktyka, zainteresowanego wiedzą okołojedzeniową i miłośnika dobrze opowiedzianych historii, w tym o tej wielkiej Historii, Obiad w Rzymie. Historia świata w jednym posiłku to miód, malina i karbonara.

PS. A jedzenie w „La Carbonarze” jest wspaniałe.

Przełożyła Małgorzata Rost.

Udostępnij:
7