Jeżeli napiszę, że najnowsza książka reporterska Witolda Szabłowskiego – Rosja od kuchni. Jak zbudować imperium nożem, chochlą i widelcem – jest świetna, to sam sobie wydam się banalny, bo zawsze uważam i często piszę, że Szabłowski jest jednym z najlepszych piór polskiego (i nie tylko, po prawdzie) reportażu. Mało komu czegoś zazdroszczę, ale jemu talentu reporterskiego i owszem. Dziesięć lat temu pomagałem w organizowaniu wizyty w Polsce ówczesnej, ledwie 30-letniej minister ekonomii Gruzji Very Kobalii. Między innymi spiknąłem ją z Szabłowskim, który chciał o niej napisać. Znałem Verę prywatnie, nie raz rozmawialiśmy o jej trudnym i ciekawym życiu, dużo wiedziałem. Witek spędził z nią półtorej godziny i napisał taki tekst, że się wkurzyłem, że to nie ja. Wycisnął 150 procent faktografii i ubrał ją w elegancką narrację.
Więc wielki talent wsparty olbrzymią pracą. Daje z buta, chodzi, gada, pyta, wraca, a potem pisze prosto, precyzyjnie, bez jarania się własnym stylem, opętany historią, którą przekazuje czytelnikom. Taki był Zabójca z miasta moreli (rozszerzony w nowym wydaniu jako Merhaba), tacy byli Sprawiedliwi zdrajcy i Jak nakarmić dyktatora. I tu od razu mówię, że kto polubił „Kucharzy”, dla tego Rosja od kuchni to lektura obowiązkowa. Nie czytaliście, ale interesujecie się Rosją czy szerzej światem byłego ZSRR? Tak samo. (Swoją drogą to chwytliwy tytuł jest zawężający, bo Szabłowski pisze i o Ukrainie, Gruzji, Białorusi czy Kazachstanie). Lubicie dobrą (w tym wypadku bardzo dobrą) literaturę faktu? Czytać! Nie słyszeliście jeszcze o Szabłowskim? No to migusiem biegnijcie się zapoznać.
Jak często w swej twórczości autor krąży po cienkiej linie między brutalnością a komizmem i z niej nie spada. Surrealistyczne anegdoty o tym, jak kilka tygodni po katastrofie w Czarnobylu zorganizowano nieopodal konkurs na najlepszą stołówkę, historie, jak to kucharz Stalina uczył Gorbaczowa śpiewać do drożdżowego ciasta, mieszają się z surową historią Wielkiego Głodu na Ukrainie i zaskakującą puentą: „Młodzi Ukraińcy wymyślili więc coś na czas pandemii: restaurację online, na stronie której można obejrzeć piękne, wystylizowane zdjęcia jedzenia, jakie ich dziadkowie jedli w czasie głodu, by przeżyć. Kontrast między jedzeniem zrobionym z szyszek, patyków, chwastów, zmarzniętych ziemniaków czy konopi lnianych a profesjonalnie wykonaną sesją zdjęciową, stylizowaną na dobrą restaurację, z elegancką zastawą stołową, budził skrajne emocje”. A ostatnie zdanie w dzienniku carycy Aleksandry, żony Mikołaja II, na chwilę przed tym, zanim zamordowali ją wraz z całą rodziną bolszewicy, jest o kuchciku Lońce Siedniewie, towarzyszu dziecięcych zabaw carewicza Aleksego.
Szabłowski pokazuje, jak jedzenie w ZSRR i w Rosji służyło propagandzie, jak losy kucharek i kucharzy przenikały się z wielką polityką i Historią przez duże H. Więc oczywiście nie zabraknie w książce kucharza sanatorium dla komunistycznych elit – Spirydiona Putina i jego wnuka, Władimira. Napisałbym: „pyszna” lektura, ale chyba bardziej precyzyjnie będzie: „wytrawna”. A teraz pójdę poprzekłuwać laleczkę Szabłowskiego czy jakoś tak.
PS. Drogi Witku! A za zdanie „Wszyscy Gruzini są dumni ze Stalina” masz bęcki . Ja rozumiem, że to taka przerysowana fraza uzasadniona opisywaną (bardzo zabawną) scenką rodzajową, no ale to tak, jakby napisać, że wszyscy Polacy kochają Jarosława Kaczyńskiego. Różne badania opinii w Gruzji pokazują, że od 20 do maks. 37 proc. Gruzinów jest dumnych ze Stalina. Dużo, ale to nawet nie większość, nie mówiąc już o wszystkich. Uff, ulżyło mi.

