Ann Patchett, „Belcanto”

A oto i prawdziwa gratka dla zakonu wielbicieli Ann Patchett, których tłum na tym profilu. Na fali niezwykłej popularności w Polsce ostatniej powieści amerykańskiej pisarki, Domu Holendrów, wydawnictwo Znak najpierw wznowiło wspaniały Stan zdumienia, a teraz wydaje w nowym tłumaczeniu Anny Gralak Belcanto, powieść z 2001 roku.

Mamy to, za co kochamy Patchett: piękną, dystyngowaną, powściągliwą, a jednocześnie niezwykle plastyczną prozę. Precyzyjną i celną psychologię postaci. Emocjonalny chłód podbijający narrację. Niesamowitą zdolność do tworzenia atmosfery powieści. Wiem, że brzmi to nieco mgławicowo, ale nawet kiedy mijały lata od pierwszej lektury Stanu zdumienia i zapominałem powoli wątki fabularne, czułem i pamiętałem złowieszczy niepokój odczuwany podczas pochłaniania historii z amazońskiej dżungli. Tak jak nie zapomnę niepowtarzalnej nostalgii Domu Holendrów, nawet jeśli już nie będę pamiętać imion i nazwisk bohaterów.

Tak jest i z Belcanto. Oto w trakcie przyjęcia wydanego przez wiceprezydenta pewnego południowoamerykańskiego państwa na cześć zacnego japońskiego gościa, skuszonego występem jego ulubionej śpiewaczki operowej, willę atakują lewicowi partyzanci – terroryści. Chcą uprowadzić prezydenta, ale tego nie ma. Powstaje impas. W zamkniętym świecie rezydencji zostają uwięzieni ludzie różnych światów, kultur, którzy nigdy nie spotkaliby się w innych okolicznościach. Mijają dni, tygodnie i ta mikrospołeczność partyzantów, służby, elit zaczyna żyć własnym życiem. I znowu siłą tej powieści jest gęsta psychologicznie atmosfera mikroświata stworzona przez Patchett. Ale jest też wspaniała, subtelna ironia, Belcanto gęsto, często jest bardzo zabawne.

Ale to też opowieść o wewnętrznej potrzebie wolności, miłości i sile piękna oraz przede wszystkim muzyki. Przyznam się Wam do czegoś: powiedzieć o mnie, że opera to dla mnie obcy świat, to nic nie powiedzieć. Anna Dziewit-Meller ujęłaby to zapewne dosadniej. Jestem ze szkoły Nietykalnych, umieram ze śmiechu na widok śpiewającego drzewa. A czytając Belcanto nastawiałem sobie na słuchawkach wspomniane przez Patchett arie i czułem ten dreszcz duszy pana Hosokawy, który jako trzynastolatek, dzięki ojcu, zakochał się w operze: „Nie miał pojęcia o czym śpiewają, ani że grają role ojca i córki, wiedział tylko, że musi się czegoś złapać. Ich siła przyciągania była tak wielka, że czuł, jakby wzlatywał ku nim z wysokich i dalekich miejsc.”

No piękne jest to Belcanto. I na deser pierwsze zdanie, bo bardzo zwracam uwagę na pierwsze zdania: „Gdy zgasły światła, akompaniator ją pocałował.”

Wydawnictwo Znak

Udostępnij:
7