Współlokator doktor Watsona nigdy nie przestał go zadziwiać swoimi zdumiewającymi talentami. Od momentu, gdy spojrzał przez okno i na podstawie wyglądu opowiedział pół życia przechodnia. Mam podobnie. Mojego domowego Sherlocka najpierw zobaczyłem na scenie, jak grał na gitarze i śpiewał w damskiej kapeli rockowej, ale prawdziwe zdumienie przyszło, gdy przeczytałem prozatorski debiut Sherlocka, czyli powieść Disko.
Jak ona kurde pisze, pomyślałem. Jaki to jest talent do zabawy polszczyzną, jak piękne zdania układa. No i jakie to jest przy okazji złośliwie śmieszne. Potem były świetne, acz hardkorowe Góra Tajget i Od jednego Lucypera i znowu oczęta mi się otwierały, co też tam kryje się za tą śląską buzią.
A teraz jest Juno. Użyłbym wulgarnego określenia na określenie, jak dobra jest to powieść, ale mi algorytmy zetną zasięgi, więc napiszę, że łączy sarkastyczną słodko-gorzką rozrywkowość Disko z kapitalną figurową jazdą językową Od jednego Lucypera. Ta opowieść o dwóch czterdziestoletnich siostrach, które wybrały zupełnie różne drogi awansu społecznego, o rodzinie, marzeniach, niedomówieniach, rozczarowaniach, umieraniu, żałobie i o tym, że zawsze jesteśmy coś i komuś dłużni, skrzy się pięknymi zdaniami, akapitami i przednim poczuciem humoru. No i po raz pierwszy u współlokatorki nie ma Śląska, za to wkraczają Mazury. Są marzenia o sławie, tej intelektualnej i instagramowej oraz pewna astronomka sprzed wieków. Ból i śmiech.
Jest to kawałek (nie za długi, bo współlokatorka ceni powściągliwość) świetnej, błyskotliwej, kunsztownej prozy, którą trudno zdefiniować. I co w sumie zabawne, znając wrodzony życiowy pesymizm współlokatorki, niosącej nadzieję.
Pozdro Anna Dziewit-Meller! 🙂

