Ciekawe i pozytywne zaskoczenie: mini serial true crime „Miłość i śmierć”. Nic nie wiedziałem o słynnej w USA zbrodni w Teksasie z 1980 roku, więc zasiadałem nie wiedząc czego się spodziewać. Co pomaga – nie googlujcie jak nie wiecie – sami zrozumiecie oglądając.
I od razu powiem, że na początku zastanawiałem się o co kaman. Akcja rozwija się powoli, dużo jest tak zwanej atmosfery, w tym wypadku małomiasteczkowej, teksańskiej Ameryki, opartej na Bogu, rodzinie i karabinie. Być może bym odpuścił zanim padł trup, gdyby nie oszałamiająca gra Elizabeth Olsen, którą dotąd kojarzyłem jako młodszą siostrę bliźniaczek Olsen i aktorkę od superbohaterów. To co ona wyprawia jako teksańska pani Bovary, dusząca się w regułach miejsca i czasu to jest majstersztyk. Blednie przy niej nawet Jesse Plemons. Więc dla Olsen kontynuowałem. Pierwsze dwa i pół odcinka (z siedmiu) oglądałem na raty, a jak zaskoczyło to pojechałem do końca w jedną noc i nie żałowałem.
Okazuje się, że nie tylko w Polsce producenci nagle rżną z siebie i filmują w tym czasie tą samą historię. Rok przed „Miłością i śmiercią” wypuszczono w Stanach mini serial „Candy. Zbrodnia w Teksasie” z Jessicą Biel w roli głównej, dobrze oceniony przez krytyków. Co skłoniło do pytań po co robić „Miłość i śmierć”. Pytanie skądinąd zasadne i nie wiem co bym myślał gdybym najpierw zobaczył „Candy”. Ale stało się na odwrót i z ciekawości po obejrzeniu „Miłości i śmierci” zajrzałem do wersji z Jessicą Biel. I co ciekawe Biel, jest bardziej podobna do prawdziwej Candy i również gra fantastycznie, ale ja już byłem opętany przez Olsen.
Tak czy siak, jeśli lubicie historie kryminalne mocno podbudowane psychologicznie, wymagające pewnego skupienia, z silnym wątkiem sądowym, kompletnie pozbawioną efekciarstwa, to jest to idealna propozycja. Pod czołówką leci „Don’t Let Me Be Misunderstood” Niny Simone i ta jego piękna niespieszność i elegancja świetnie tu pasuje.
Na HBO i Netfliksie

