Jakub Żulczyk, „Kandydat”

O matulu, jakie to jest dobre! Albo bardziej na poważnie: Jakub Żulczyk napisał powieść rewelacyjną, jedną z najlepszych lektur, jakie dane było mi czytać w ostatnich latach. Tekst zarazem ważny, zaskakujący jak cholera i wciągający jak diabli (a szatani są w tej historii istotni). Już uzasadniam te zdecydowane słowa.

„Kandydat” dzieje się w Polsce, w dniu drugiej tury wyborów prezydenckich, gdy główny bohater, Prezydent, walczy o reelekcję. Jednocześnie po mieście krąży skompromitowany w przeszłości seksualnym skandalem Reporter, chcąc sprzedać którejś z redakcji kompromitujący Prezydenta materiał. Rodem z thrillera mamy pytania i kolejno odsłaniające się tajemnice: co zrobił Prezydent? Czy i kto stoi za Reporterem? O co tak naprawdę chodzi w tej grze cieni, namiętności, intryg, zemsty i zatrutych sztyletów?

Przystępując do lektury, w ogóle nie wiedziałem, czego się spodziewać, byłem zdziwiony, że Żulczyk napisał powieść polityczną. Jeszcze bardziej – mając w pamięci jego słynną sprawę sądową o „debila” – że główny bohater bardzo przypomina Tego, Którego Nazwał Tak A Nie Inaczej. A Prokurator – pana Zero. Są bliźniacy Mistrz i Car, a ten pierwszy zginął w ruskim lesie. A Żona Prezydenta jest z Krakówka.

I wtedy, dość szybko, przyszło kolejne zaskoczenie – o wiele większe – które przeszło w osłupienie, a następnie w podziw. Otóż pisarz Żulczyk wziął tę naszą paździerzową politykę, te nienawistno-infantylne zapasy w błocie, przemielił je, zremiksował i stworzył – piszę to serio – coś jak antyczny dramat, z ducha szekspirowską rzecz. Z tych godnych pożałowania telewizyjnych figurek, znanych w niemal każdym polskim domu, stworzył wspaniałe, trójwymiarowe postacie Wielkiej Tragedii, obdarzył je głębokimi, często bolesnymi motywacjami i kontekstami, dał niesamowite doświadczenie czytelnicze.

Ależ będą zdziwieni ci, którzy sięgną po „Kandydata” jako pamflet na Adriana. Skądinąd Żulczyk zażartował sam z siebie, bo w powieści pojawia się Reżyser, który nazwał prezydenta kretynem i w związku z tym został bohaterem Elity i połowy Polski. Ta powieść zapewne zirytuje żołnierzy i ochotników naszej narodowej młócki, a zachwyci – taką mam nadzieję – tych, dla których artysta jest kimś znacznie więcej niż kibicem. W dodatku w ten wielki dramat Żulczyk wkłada liczne wspaniałe, cięte, niekiedy brutalne obserwacje ludzi i postaw, dostarczając mnogość cytatów na kolacje z przyjaciółmi.

No i jeszcze ta żulczykowa fraza – uwielbiam ją od debiutanckiego „Zrób mi jakąś krzywdę” – jak ten typ panuje nad polszczyzną, cudo.

Jestem po prostu zachwycony.

Świat Książki

Udostępnij:
7