Kiedy 10 lat po Drugiej Wojnie Światowej prokurator generalny Hesji, Fritz Bauer, dostał list z informacją o miejscu ukrywania się w Argentynie głównego wykonawcy Holokaustu, Adolfa Eichmanna, przekazał tę wiadomość izraelskim służbom. Dlaczego nie instytucjom państwa niemieckiego, któremu służył?
Bo wiedział, że Eichmann zostanie natychmiast ostrzeżony. Bo prokurator Bauer był Żydem i wiedział, że dekadę po klęsce Niemiec, śmierci Hitlera, delegalizacji NSDAP, likwidacji nazistowskich struktur władzy i przemocy – demokratyczna Republika Federalna Niemiec byłymi nazistami stała. Byli wszędzie – mniej więcej jedna trzecia posłów i urzędników. W tym czasie szefem urzędu kanclerskiego, szarą eminencją Konrada Adenauera, był Hans Globke – autor komentarzy do fundamentalnych dla hitlerowskiego bestialstwa ustaw norymberskich.
Jak pisze Danny Orbach w książce Naziści po wojnie. Kariery ludzi Hitlera: „Plany gruntownej denazyfikacji RFN spełzły na niczym, okazało się bowiem, że oczyszczenie kraju z zawodowych żołnierzy Hitlera, jego urzędników czy nawet członków partii nazistowskiej byłoby dla administracji państwowej niezwykle kosztowne.”
Nazistów, po katastrofie ich państwa, miała spotkać nieuchronna kara – zwycięzcy obiecywali ścigać ich choćby na koniec świata. W praktyce w Norymberdze, w słynnych procesach, osądzono garstkę.
Niemal od samego początku, czyli od zakończenia wojny, po hitlerowskich fachowców zaczęli sięgać Amerykanie i Rosjanie, szykujący się na nową wojnę – ze sobą nawzajem. Amerykańscy oficerowie wywiadu stawali wobec diabelskiej alternatywy: kierować się moralnością i zwyczajną odrazą czy rekrutować zbrodniarzy, którzy pomogą w walce z nowym, śmiertelnie niebezpiecznym wrogiem.
„Oficerowie jeszcze niedawno dbający o bezpieczeństwo Hitlera byli bardzo przydatni w wykonywaniu tego typu zadań. W końcu wiele wiedzieli o ‚czerwonych’ i byli zaciętymi antykomunistami. Jednocześnie zachodziła obawa, że rozgoryczeni naziści trafią do komunistycznego podziemia.”
Autor porównuje powojenne Niemcy do wysypiska ideologii, z którego naziści wybierali wedle gustu to, co było im potrzebne do przetrwania. Jeśli za najważniejszą emocję uznawali antykomunizm, szli służyć Amerykanom, Brytyjczykom czy Francuzom – gotowi porzucić antysemicki fundament swojej dawnej ideologii. Ba, w późniejszych latach niektórzy współpracowali nawet z Izraelczykami, doceniając ich wojowniczy antykomunizm. Ci, dla których najważniejszy był komponent antysemicki, wybierali bliskowschodnie arabskie reżimy. Jeszcze inni kierowali się nienawiścią do Zachodu i wiązali się z Rosjanami oraz blokiem wschodnim.
Byli i tacy – sporo ich – którzy przechodzili na samodzielną działalność gospodarczą i służyli tym, którzy płacili najlepiej, czasami kilku stronom naraz. Plus nieskończona liczba kombinacji tych przypadków.
Właściwie każdy rozdział książki Orbacha to materiał na serial sensacyjno-szpiegowski: gdy pisze o Organizacji Gehlena, Aloisie Brunnerze, Heinzu Felfem czy Franzu Rademacherze. Autor sięgnął głęboko do archiwów amerykańskich, niemieckich i izraelskich, skorzystał z odtajnienia wielu źródeł, a niektóre dokumenty Mosadu publikuje po raz pierwszy.
Dla miłośników historycznej literatury faktu – znakomita rzecz.
Znak Literanova

