Moja najkrótsza opinia o lecącym właśnie na SkyShowtime serialu „Dzień Szakala”? Włączcie sobie film „Dzień Szakala” Freda Zinnemanna z 1973 roku (również na Sky). Albo przeczytajcie klasyczny thriller Fredericka Forsytha, na podstawie którego film nakręcono.
Ten liczący już ponad pół wieku film to klasyka gatunku. Co tam klasyka, to jeb*niutkie arcydzieło, o czym upewniłem się, gdy – coraz bardziej zirytowany wydłużanymi na siłę, bezpłciowymi, jakby pisanymi przez sztuczną inteligencję, kolejnymi odcinkami nowej, serialowej wersji – sięgnąłem po oryginał. Pozwólcie, że zacytuję Marcina Cichońskiego z radia 357, bo lepiej tego nie ujmę: „Tu mamy skondensowanie, napięcie, bliskość oryginału. Uderza też granie ciszą. Bez efektów, bez sztucznego podnoszenia ciśnienia. Dobra opowieść broni się sama, choć oczywiście pomagają doskonała scenografia, zarządzanie planem. Brak niepotrzebnych szczegółów. Wszystko tu gra.”
Odwrotnie niż w serialu. Przegadanym do bólu, bo przecież trzeba czymś wypełnić te 10 odcinków sezonu, a już zapowiedziano drugi. Potem pewnie spinoffy, rebooty, prequele, sequele, chujele i diabli wiedzą co. Film i powieść były logiczne i precyzyjne. W serialu poziom absurdu dorównuje nieraz Indianie Jonesowi skaczącemu na łódź podwodną, ale u Spielberga było to świadomie zabawne, a tutaj sadzą się na powagę, co trąci kiepską farsą. W związku z tym, gdy dochodzą wątki jak z wenezuelskiej telenoweli małżeńskiej i stereotypowej do bólu obyczajówki rodzinnej, człowiek już tylko macha ręką.
W oryginale Szakal miał zlecenie na prezydenta Francji, generała de Gaulle’a – poważna sprawa, zemsta za oddanie Algierii. W serialu – na cyberoligarchę, który chce zbawiać świat programem ujawniającym przepływ pieniędzy. To już w Bondach sensowniej to wymyślają, a przecież bawią się na maksa. W ogóle cały scenariusz wygląda jak efekt jakichś warsztatów na konstruowanie kolejnych poprawnych scen z podręcznika pisania pod algorytmy.
No dobra, ulało mi się, to teraz mogę Wam powiedzieć, że jeśli nie znacie powieści Forsytha ani filmu Zinnemanna, to możecie serial obejrzeć, bo bez znajomości oryginałów raczej nie boli (a remake z lat 90. z Brucem Willisem i Richardem Gere’em – też na Sky – był jeszcze gorszy). Ot, jeszcze jeden odmóżdżacz. Nie ma nic złego w odmóżdżaczach, a ten i tak jest lepszy niż „Black Doves” na Netfliksie, startujący w podobnej kategorii.
No i jest ładnie sfilmowany, wyreżyserowany jak porządna reklamówka i budżet był, więc sporo miotają się po świecie. Taki produkt jak żarcie z sieciówki albo muzyka windowa. I już bez ironii – spoko jest Eddie Redmayne jako Szakal, ale jak dla mnie najlepsza jest Lashana Lynch w roli śledczej polującej na Szakala. Niewinna buzia i bynajmniej nie niewinne zagrania. Dzięki niej zżymałem się nieco mniej. Co nie zmienia faktu, że do pojedynku gigantów z oryginału, Edwarda Foxa i Michaela Lonsdale’a, nie mają co startować.
A że zawsze staram się dojrzeć jakieś pozytywy, to nie dość, że przypomniałem sobie perłę Zinnemanna (skądinąd urodzonego w Rzeszowie), to wróciłem do moich starych Forsythów i rozkoszowałem się w święta „Aktami Odessy”, „Czwartym protokołem” i „Diabelską alternatywą”. Teraz bawię się „Czarną listą”, a jeszcze bym pyknął „Psy wojny” i „Mściciela”, jeśli czas pozwoli.
No i wypadałoby odświeżyć „Stąd do wieczności”, „W samo południe” i „Oto jest głowa zdrajcy” Freda Zinnemanna. Brzmi jak plan.

