Był powód praktyczny porzucenia marzeń o wyprawach, których dokonuje James Cameron. W szkole podstawowej nr 233 imienia Xawerego Dunikowskiego, położonej na ulicy Konwiktorskiej na warszawskim Nowym Mieście byłem całkiem niezły z matematyki. W sumie jednym z najlepszych. Z fizyką szło nieco gorzej, ale dawałem radę bez problemu. Z matematyki startowałem nawet w olimpiadzie, poległem w miarę szybko, no, ale jednak co olimpiada to olimpiada. A potem poszedłem do liceum i wszystko się zmieniło.
Już egzaminy mnie otrzeźwiły. Zdawałem do matfizu, klasy matematyczno-fizycznej w liceum Frycza Modrzewskiego, od lat mającego reputację jednej z najlepszych szkół średnich w Warszawie. W dodatku zdawałem w czerwcu 1983 roku. Miesiąc wcześniej milicja zakatowała na śmierć maturzystę z Frycza – Grzegorza Przemyka. Dziesiątki tysięcy warszawskich licealistów i studentów szły w kondukcie żałobnym, a w telewizji Jerzy Urban, rzecznik komunistycznego rządu, kłamał dzień w dzień, kryjąc morderców i ich protektorów od Kiszczaka i Jaruzelskiego. Więc wczesnym latem 1983 roku, oprócz zwyczajowych tłumów, które chciały dostać się do Frycza, doszło jeszcze sporo młodych ludzi, dla których zdawanie do Modrzewskiego było gestem solidarności z zamordowanym starszym kolegą, pokazaniem wała łobuzom rządzącym krajem. Nastoletnim znakiem sprzeciwu.
Na egzaminie dostałem piątkę (wówczas najwyższa ocena) z polskiego, czwórkę plus z matematyki i czwórkę z fizyki. Z taką średnią dostałbym się do każdej innej szkoły, ale nie do Modrzewskiego. Do dzisiaj śni mi się pytanie na ustnej fizyce: jaka jest temperatura na dnie głębokich zbiorników wodnych? Miałem kompletną pustkę w głowie, a odpowiedź brzmi: pieprzone cztery stopnie, bo w tej temperaturze woda ma największy ciężar własny czy jakąś inną cholerę, którą postarałem się wyprzeć z pamięci.
Przyjęto mnie do noszącego imię Józefa Poniatowskiego V LO, zwanego powszechnie „Poniatówką”. Budynek szkoły położonej na terenie dawnego getta był swoistym dziwolągiem przypominającym, z powodu wewnętrznych antresoli, więzienie Alcatraz. Przynajmniej nam, uczniom tak się wydawało, bo oczywiście nie mieliśmy pojęcia, jak wyglądało prawdziwe Alcatraz. „Poniatówka” była super z kilku powodów. Sporo było w niej frików, a fizyki uczył genialny, niepowtarzalny profesor Tratkiewicz. Krążyły o nim legendy. Jedna z pierwszych, jaką usłyszeliśmy na początku roku szkolnego, to, że kiedy kilka miesięcy wcześniej umarł Breżniew, „Trat” przyszedł do szkoły ubrany na różowo. Sami już słyszeliśmy, co powiedział, kiedy uczniowie bodaj na imieniny próbowali mu wręczyć kwiaty. „Co państwo mi tu dają? Przecież kwiaty są narządami rodnymi roślin. Czy pan chciałby, żeby obcięto panu genitalia?”. Do uczniów zwracał się per pan z pierwszą sylabą. Ja byłem panem Mel. Kiedyś kolega z klasy, Krzysztof Sugier nie bardzo skupiał się na lekcji, pisząc coś pod ławką. Tratkiewicz zapytał:
– Panie Sug, co pan tam piszesz?
– Nic panie profesorze.
– Panie Sug, jesteś pan kłamca, oszust i jeszcze raz oszust. Na pewno piszesz pan „Tratkiewicz chuj złamany”, jak wielu przed panem. Chuja rozumiem, ale dlaczego złamany?
I przez wiele tygodni, a może nawet miesięcy, wywołując Sugiera do odpowiedzi, mówił: „Do tablicy pójdzie oszust, kłamca i jeszcze raz oszust, pan Sug”. Potrafił podrzeć na strzępy zeszyt ze źle rozwiązanym zadaniem i nie było litości, na następną lekcję trzeba było mieć cały przepisany. W trakcie lekcji, przez klasę do jego kanciapy na zapleczu przemykali przedziwnie wyglądający osobnicy i atrakcyjne kobiety. Dzisiaj pewnie ktoś by pozwał Tratkiewicza do sądu, poszczuł gazetą, telewizją albo jakimiś urzędnikami. A Poniatówka kochała Trata. Kiedy jego klasa składała mu w holu życzenia urodzinowe (a widać było zewsząd, no bo antresole, Alcatraz, wiadomo), cała szkoła biła brawo.
I do Tratkiewicza poszedłem, widząc po paru miesiącach, że nie daję rady. Że muszę ryć nocami, by dostać tróję, a moi niektórzy koledzy z klasy łapią wszystko w lot na piątkę i rozmawiają sobie z Tratem na poziomie abstrakcji, którego nigdy nie osiągnę i będę dupa, a nie dobry oceanograf, a chcę być dobry w tym, co będę w życiu robił. Powiedziałem mu to, a on przekonywał, żebym został, i martwił się, że był dla mnie za surowy. „Nie, panie profesorze, był pan w sam raz i właśnie dzięki temu zrozumiałem, że w dyscyplinach ścisłych świata nie zawojuję. A z polskiego, historii i geografii jestem naprawdę niezły, potrafię pisać, wiem to. Co by pan zrobił na moim miejscu?”. Pokiwał wolno głową, a mnie się chciało płakać.
No i w Poniatówce pierwszy raz usłyszałem Sunday Bloody Sunday U2, tę furię, tę wściekłość, tę rozpacz, piosenkę, która tak naprawdę nigdy nie opuściła mojej głowy, która mi brzmiała, gdy lata później jeździłem po różnych wojnach, frontach i ziemiach niczyich.
Pozostawało znaleźć klasę humanistyczną z angielskim, bo tego języka uczyłem się przez pół roku w matfizie. Mógłbym na luzie pójść do klasy francuskojęzycznej, gdyż uczyłem się popołudniami w Instytucie Francuskim, ale z powodów formalno-papierkowych było to niemożliwe. A w tamtych latach prawie wszystkie klasy humanistyczne miały francuski, miałem więc kłopot. Jednym z wyjątków było XI LO imienia Mikołaja Reja, gdzie ostatecznie trafiłem w połowie pierwszej klasy, i gdzie spotkałem nauczycielkę polskiego, prof. Marię Kalinowską, i historii, prof. Julię Tazbirową, którym zawdzięczam chyba więcej niż całym studiom. Nawet jak trochę przesadzam, to tylko trochę. W każdym razie przygoda z oceanografią została definitywnie zakończona.
Chciałem również być zawodowym rewolucjonistą, jak ci wszyscy wspaniali, brodaci faceci w wyciągniętych swetrach. Ale ledwie poknułem w liceum, ledwie zacząłem działać w podziemnym Niezależnym Zrzeszeniu Studentów, ledwie zapuszkowali trzy razy na 48 godzin, parę razy pałą poczęstowali, to się komuna wzięła i zwinęła i tyle w temacie kariery rewolucjonisty. Choć jak się rozglądam dookoła, to niektórzy dopiero dzisiaj nabierają rozpędu w zwalczaniu poprzedniego systemu, zwłaszcza jak go nie pamiętają, więc może się myliłem, może trzeba było iść tą drogą.
A z tym dziennikarstwem to chyba zaczęło się nawet podświadomie. Bo gdy w podstawówce koledzy pragnęli zostać kowbojami, polarnikami, rajdowcami i kosmonautami, ja zamarzyłem o pracy w kiosku Ruchu. Takim konkretnym kiosku, na warszawskim Rynku Starego Miasta. Nie w żadnej lichej budce, tylko elegancko, na parterze kamienicy, wchodziło się po schodkach w bramę i na prawo. Po przekątnej, w Muzeum Historycznym Miasta Stołecznego Warszawy, pracowała moja mama Beata i pewnie dlatego w tym kiosku na Rynku rodzice mieli założoną teczkę na tygodniki i miesięczniki, mimo że najbliższy od naszego mieszkania był ten na Freta na Nowym Mieście. Tam mnie tata wysyłał po papierosy Carmeny, które tak ładnie pachniały przez folię i strasznie śmierdziały jak je tata palił i po codzienne „Życie Warszawy”. A chłopaki w szkole mówiły, że pani z kiosku na Freta dziurawi szpilką kondony, co nie miało dla nas specjalnego znaczenia, bo jedyne, do czego ich używaliśmy, to do napełniania wodą i zrzucania z dachów kamienic i bloków na ludzi i samochody.
Tak więc w kiosku na Rynku Starego Miasta była nasza teczka. Gruba pani i gruby, zawsze spocony i taki świszcząco-sapiący pan odkładali rodzicom „Politykę”, „Tygodnik Powszechny”, Przekrój”, „Film”, „Kino”, „Kobietę i Życie”, „Więź” i „Znak”, „Literaturę na Świecie”, „Odrę” i pewnie jeszcze jakieś tytuły, których już nie pamiętam. No i gazeta dla mnie! Wychodzący trzy razy w tygodniu „Świat Młodych”, pismo, gdzie po raz pierwszy drukowane były kolejne odcinki Tytusa, Romka i a’Tomka i Kajka i Kokosza, towar absolutnie deficytowy. A jak w 1980 przyszła Solidarność, to rodzice dorzucili do teczki „Tygodnik Solidarność”. I to było piękne, bo kiedy w karnawale Panny S. odbierałem gazety dla domu, to specjalnie pod pachą tak je układałem, żeby wielkie logo Solidarności było na wierzchu, żeby wszyscy widzieli i żeby na drodze do domu omiatały mnie radosne uśmiechy, a czasem nienawistne spojrzenia.
Bo tak jak nie cierpiałem większości obowiązków domowych, chodzenie po ziemniaki wydawało mi się beznadziejne, to odbiór „teczki” stanowił zaszczyt. Zazwyczaj czyniła to oczywiście mama, wychodząc z muzeum, ale czasami udawało się połączyć dwie przyjemności. Muzeum zajmuje kilka połączonych ze sobą w środku kamienic. Zwiedzający poruszali się ustaloną trasą. Ale ja byłem synkiem pani Beatki z działu oświatowego i mogłem hulać jak wiatr po polu. Chodzić na skróty pod oznaczającymi zakaz wstępu grubymi sznurami, jeździć windą, pędzić po skrzypiących schodach, wchodzić do sal i pomieszczeń przeznaczonych tylko dla pracowników, a nawet do pokoików pracujących na potrzeby muzeum rzemieślników i konserwatorów, którzy zdradzali mi sekrety swego fachu i pokazywali potrzebne narzędzia i leczone eksponaty. Dla dzieciaka czysta magia. No i jakby tego było mało, mogłem w dodatku odebrać z kiosku gazety.
Patrzyłem z zazdrością, jak pracujące tam małżeństwo składa wielkie płachty gazet (dziś takich już nie ma) przed podaniem klientom, wydaje resztę monetami, czasem dorzuca dla równego rachunku pudełko zapałek i tak bardzo chciałem ich zastąpić, a przynajmniej z nimi popracować. I którejś wiosny, pod koniec roku szkolnego, jeszcze w podstawówce, czyli pewnie miałem dwanaście, trzynaście lat, zachęcony amerykańskim filmami, w których wszystkie nastolatki gdzieś dorabiały, poszedłem niezwykle spięty do kiosku marzeń i spytałem się państwa, czy mógłbym im pomóc, pracując w wakacje. Byłem przekonany, że rozpromienią się w zachwycie, zbudowani moją postawą, zatrudnią natychmiast i do zarobków dorzucać będą gumy do żucia, a tymczasem burknęli, że nie trzeba. Zabolało.
A jako nastolatek i tak zacząłem pracować. Od pierwszej klasy liceum myłem okna u znajomych rodziców i znajomych ich znajomych. Poza tym, że zarabiałem parę złotych na drobne przyjemności, mogłem liczyć na dodatkowe atrakcje. Jak u sędziwego ojca przyjaciela rodziców, ekonomisty Jacka Kochanowicza. Miałem 16 lat. Po wykonanej robocie starszy pan zapytał:
– A teraz papierosek z lampką wybornego koniaku?
Trochę mnie zamurowało.
– Ale przecież to bardzo niezdrowe – odparłem wyuczoną mądrością.
– A któż szanownemu panu takich bzdur naopowiadał?! – starszy pan był autentycznie zbulwersowany. Stanęło na tym, że razem się napiliśmy, papierosem zaś cieszył się sam. A ja zacząłem palić półtora roku później, w czasie wakacyjnego, chłopackiego wyjazdu do Zakopanego po drugiej licealnej.
Ale nic się nie równa pewnemu myciu szyb w 1986 roku. Któregoś dnia tata z figlarnym uśmiechem zapytał:
– A chciałbyś umyć okna u Michnika?
Aż się zapowietrzyłem. Mój absolutny idol, wieczny rewolucjonista, jakim sam chciałem być, właśnie wyszedł z więzienia, po kolejnej, kilkuletniej odsiadce. Rodzice, którzy go znali jeszcze ze studiów, a tata i wcześniej, trochę się podśmiewali z tego mojego zauroczenia, ale bawiło ich raczej pozytywnie. W sumie lepszy Michnik, niż gdybym zbytnio zachłysnął się Ianem Curtisem z Joy Division i chciał ciąć żyły. No, był jeszcze Jim Morrison, ale on nawet mojej mamie się spodobał (za moją sprawą, w młodości nie znała Doorsów) i kiedy lata później mieszkała w Paryżu, przyszła jesień, Wszystkich Świętych, zrobiło jej się ckliwie tak daleko od domu i grobów bliskich i zadzwoniła do mnie do Warszawy z pytaniem gdzie jest grób Jima. Wytłumaczyłem. Kupiła świeczkę albo kwiatek i poszła na Père‑Lachaise. Choć nie widziałem tej sceny, często sobie wyobrażałem moją stateczną mamę, wtedy panią ambasadorową, oddającą w Paryżu cześć zmarłemu tragicznie amerykańskiemu, genialnemu, złemu chłopcu rock’n’rolla w najbardziej polskie z polskich świąt. I uwielbiam jej ciepły surrealizm.
Ale wróćmy do okien u Michnika. Po 1989 roku nieraz będę się zżymać, śledząc poczynania i słowa niegdysiejszego bohatera. Ale lata wcześniej, gdy byłem w niego wpatrzony, nie przyszłoby mi do głowy, że generał Kiszczak stanie się dla niego „człowiekiem honoru”. Nie, wtedy kiedy tenże Kiszczak zaproponował Michnikowi zwolnienie z więzienia w zamian za opuszczenie kraju, czyli przymusową emigrację, ów Michnik mej młodości odpisał generałowi słynnym listem, w którym ujął to znacznie bardziej kulturalnie, ale którego treść dałaby się streścić do prostego „pierdol się!”. I takiemu Michnikowi miałem myć okna w jego michnikowym mieszkaniu. Miałem 18 lat i czułem się, jak pewnie poczułby się młody kleryk, otrzymując zaproszenie na prywatną audiencję u Franciszka.
Bałem się, że tata rzuca propozycję trochę sobie a muzom, że Michnika znowu wsadzą, zanim zdążę zabrać się do jego szyb, ale wszystko poszło, jak miało pójść. Pamiętam to mieszkanie, zawalone wszędzie książkami, monstrualnymi ilościami książek, wypełniających półki, przykrywających stoły i krzesła, ustawionych w kopce i kopczyki na podłodze, pomiędzy którymi można było poruszać się wąskimi ścieżkami. Co prawda na początku przeżyłem rozczarowanie, gospodarza nie było w domu, ktoś, nie pamiętam kto, mnie wpuścił, ale gdy kończyłem długą pracę – bo okna były naprawdę brudne – wrócił Michnik i to w towarzystwie kilku innych „ekstremistów”, którzy właśnie opuścili więzienia. Co więcej, zaproponowali, żebym z nimi został, jeśli mam ochotę. Mówcie do mnie jeszcze! Czułem się jak w raju. Oto siedzę z „elementami antysocjalistycznymi” z moim idolem na czele, którzy dzień w dzień są opluwani w gazetach i telewizji jako największe zło Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, palę z nimi papierosy i słucham tych cudownie antypaństwowych i antyustrojowych rozmów, a oni mnie nawet pytają, o czym rozmawiają licealiści, co sądzą o tym czy o tamtym, jaka jest sytuacja w szkołach. Do domu wracałem zamroczony. Tata z trudem powstrzymywał uśmiech i tylko poprosił, żebym nie chwalił się przesadnie w szkole moją ostatnią robotą.
Niedawno napisałem w felietonie: „Od maleńkości, może nawet przesadnej, interesowałem się polityką. Nie, inaczej: sprawami publicznymi. Jak dziś pamiętam, kiedy za fotelem w gabinecie taty znalazłem dziwnie wydrukowane gazetki. Był rok 1979, miałem 11 lat, wystarczająco dużo, bym zrozumiał, że coś się nie zgadza: że świat opisywany na tych niewyraźnych stronach jest zupełnie inny niż to, co opowiadają w telewizji. Zapytałem tatę, o co chodzi, a on westchnął i ku pewnemu strapieniu mamy wytłumaczył szczylowi, jak się sprawy mają, że się źle mają, ale są dzielni ludzie, którzy się na taki stan rzeczy nie zgadzają i próbują go zmienić. I żebym broń Boże o tym nie opowiadał w szkole. Traf chciał, że z tej pierwszej nielegalnej lektury dowiedziałem się o praskiej wiośnie 1968 roku i jej przywódcy Aleksandrze Dubczeku, skądinąd szefie Komunistycznej Partii Czechosłowacji. I proszę się nie śmiać, wieczorami zasypiałem, marząc o tym, że któregoś dnia zostanę polskim Dubczekiem, wyzwolę swój kraj i sprawię, że wszyscy będą żyli swobodnie, godnie i sprawiedliwie. A potem przyszła Solidarność i można było już marzyć bardziej realnie”.
Wśród komentarzy pod tekstem znalazłem taki: „Jak zawsze megalomania na wysokim poziomie. Tym razem przegiął pan pałę. Jedenastoletni gówniarz zrozumiał praską wiosnę, za chwilę pacholę genialne, mając 12 lat, jest wyznawcą »Solidarności«.Wymarzył pan sobie być Dubczekiem? Zgadza się, jest pan »dupczek«”.
No cóż, kiedy naprawdę tak było. A nawet lepiej, bo politykę znałem nie tylko z domu. Polskiego w podstawówce uczyła lubiana przez większość uczniów, a przeze mnie uwielbiana Małgorzata Kielska‑Żukowska. Przede wszystkim, co w tamtych czasach trąciło ekstrawagancją, uczyła nas samodzielności myślenia. Przynajmniej tak to zapamiętałem, ale sądząc po szacunku, jakim darzyli polonistkę moi rodzice, chyba się nie mylę. W piątej klasie (rok szkolny 1979/80), a więc jeszcze przed Sierpniem 1980 i narodzinami Solidarności, w fazie gnijącego Gierka, chyba pod wpływem pytania jednego z uczniów, Kielska opowiedziała nam, co się wydarzyło na Wybrzeżu w grudniu 1970, o masakrze bezbronnych stoczniowców mordowanych przez władzę ludową. Nie wiem jak na innych, na mnie opowieść wywarła wstrząsające wrażenie. No, ale miałem też 11 lat, więc poleciałem podekscytowany do domu podzielić się z rodzicami uzyskaną wiedzą. Tata nie mógł uwierzyć, że usłyszałem to od nauczycielki, ale z lekka osłupiały dołożył dalszych opowieści i mówił do mamy, że ma nadzieję, iż nikt nie doniesie, bo szkoda by było, gdyby uczniowie stracili taką nauczycielkę. Chyba nikt nie doniósł, a na pewno jej nie straciliśmy. Lata później zabrała ją choroba, a ja niedawno dostałem od jej córki mejla z Meksyku, gdzie żyje, z pytaniem, czy ją pamiętam. Jakże mógłbym zapomnieć? Nie wiem, czy ty pamiętasz, ale jak byłaś w trzeciej klasie, a ja w piątej, to za zgodą twojej mamy poszliśmy na lody, czyli jakby na randkę. Takich rzeczy się nie zapomina.
Czyli gdzieś od piątej klasy byłem całkiem uświadomiony. W dość specyficzny sposób, który unaocznię, lekko cofając się w czasie do pierwszej klasy podstawówki. Pani pokazała na planszy jelenia i zapytała nas, kto wie, jak się nazywa to zwierzę. Ja wiedziałem, więc się ochoczo zgłosiłem i powiedziałem, że Lenin. Pani się stropiła i powiedziała, że chyba coś mi się pomieszało, bo to jeleń, a wielki Lenin, Włodzimierz Iljicz to człowiek, wódz zwycięskiej rewolucji październikowej i spoczywa w mauzoleum na placu Czerwonym. Na co ja buńczucznie, że to pani się myli, bo mi tata wyraźnie powiedział, że to z lasu to Lenin, a w mauzoleum leży jeleń. I jeszcze mówił coś o sareńce-dupeńce, tylko nie pamiętam, czy była żoną tego z lasu, czy z mauzoleum. W każdym razie tata został wezwany do szkoły w trybie natychmiastowym i wyparł się syna swego, patrząc głęboko w oczy wychowawczyni i pochylając się troskliwe nad swym z lekka niedorozwiniętym dziecięciem, głaszcząc po główce jak niepełnosprawnego umysłowo i obiecując, że bardziej się przyłoży do mojej edukacji i wychowania. A w drodze powrotnej kupił mi cukierki w sklepie spożywczym na Smolnej, gdzie dzisiaj jest coś, co się nazywa „Studio Paznokcia”, i powiedział mi, że ta cała historia była bardzo śmieszna, ale żebym już tego nie powtarzał w szkole. Czy to wtedy zorientowałem się, że inaczej mówi się w domu, a inaczej w miejscach publicznych?
Tata był wezwany jeszcze raz w pierwszej klasie, kiedy jakiś dzieciak rozwalił sobie głowę o szafkę, krew się lała strumieniami, a nauczyciele pytali, krzycząc, czy ktoś z nas ma rodzica doktora. Pamiętałem, że chwilę wcześniej była u nas w domu huczna impreza, bo tata został doktorem, więc podniosłem rękę. Zadzwonili po tatę, który przybiegł w te pędy, przerażony, że znowu coś wykombinowałem. A pokazują mu zalanego krwią smyka i mówią:
– Niech pan coś zrobi.
– A co ja niby mam zrobić?
– No przecież jest pan lekarzem.
– Jakim lekarzem?!
– Tak Marcin powiedział.
– Marcin! Chodź no tu!
– No tato, przecież mówiłeś, że jesteś doktorem.
Dodajmy, że chodziło o doktora nauk historycznych, specjalizującego się w historii Rewolucji Francuskiej. Powiedzmy, że to była mała, podświadoma zemsta za jelenia w mauzoleum.
Wracając do piątej, szóstej klasy: coraz częściej, kiedy przychodzili przyjaciele i znajomi rodziców, pozwalano mi na kwadrans, dwa posiedzieć przy stole i posłuchać, o czym rozmawiają dorośli. A bardzo mnie to ciekawiło. No i nadciągały niezwykłe czasy: Sierpień, 15 miesięcy karnawału Solidarności (po latach napiszę pracę magisterską o postrzeganiu historii przez pierwszą „Solidarność”), stan wojenny, gaz na ulicach, aresztowani przyjaciele rodziny i studenci ojca z Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej, zerwane na lata znajomości.
I jakoś w pierwszych miesiącach stanu wojennego doszło do mego debiutu na łamach prasy. A było to tak. Któregoś pięknego dnia dowiedzieliśmy się od wychowawczyni, że cała nasza klasa, wszyscy, jak stoimy czy siedzimy, zostaliśmy zapisani do Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Na co wstałem i powiedziałem, że ja się nie zapisywałem i nie mam zamiaru należeć. Wychowawczyni zapytała, czy mam coś przeciw przyjaźni z ojczyzną światowego proletariatu. Odpowiedziałem, że nie o to chodzi, ale skoro się nie zapisywałem do TPPR, to niby dlaczego mam należeć, wypraszam sobie, nie chcę i już. I po powrocie do domu pochwaliłem się rodzicom swym patriotycznym czynem, wywołując ciche westchnienie rodzicieli, czekających na kolejne wezwanie do szkoły i już w swoim pokoju napisałem list do „Świata Młodych”. Takie delikatne rżnięcie głupa: że przecież przyjaźń rzecz dobrowolna, to dlaczego hurtem i na siłę zapisują wszystkich? I najlepsze jest to, w co ani ja, ani moi rodzice, ani tym bardziej moja wychowawczyni nie mogli uwierzyć: że list się ukazał. I to w dodatku z komentarzem redakcji, która też ewidentnie leciała w kulki, że oczywiście TPPR to coś wspaniałego, ale jeżeli ktoś nie docenia bogactwa duchowego, jakie oferuje, to nie należy nikogo do niego ciągnąć na siłę. I jakoś temat TPPR w naszej szkole, a przynajmniej klasie, umarł.
W sumie następna przygoda paradziennikarska też była związana ze „Światem Młodych”, który ogłosił konkurs na opowiadanie, kiedy byłem w ósmej klasie, w 1983 roku. Nie pamiętam, jak był sformułowany temat, chyba odnosił się do mitologii greckiej, a może tylko tak mi się teraz wydaje, bo napisałem szytą grubymi nićmi opowiastkę w formie listu władcy podziemi Hadesa do gromowładnego Zeusa. Hades skarżył się na bajzel u siebie, niewdzięcznych lokatorów i prosił o pomoc. Jakby ktoś był sprawny intelektualnie inaczej i nie zajarzył, że Hades to Jaruzelski, podziemia to Polska, a Zeus to Breżniew, to na wszelki wypadek wyposażyłem Hadesa w czarne okulary przeciwsłoneczne. No wiecie, miałem 14 lat. I najlepsze, że dostałem jedną z nagród, drugą albo trzecią. Tyle że „Świat Młodych” wydrukował wszystkie nagrodzone opowiadania, a nawet wyróżnione, a mojego, nie wiedzieć czemu, nie.
Podobnie zresztą sprawa się miała z maturą z polskiego. Na pisemnej wybrałem temat „Które konwencje w literaturze i sztuce odpowiadają ci najbardziej i dlaczego?”. Prawdziwe cudo, można było pisać od serca, co się chce, a ja chciałem pisać między innymi o wydanych w podziemiu powieściach Tadeusza Konwickiego: Kompleksie polskim, Małej Apokalipsie i Rzece podziemnej, podziemnych ptakach. Pewnie gdybym chodził do większości innych liceów, nawet w najbardziej liberalnej Warszawie, nie pozwoliłbym sobie na to. A jak bym sobie pozwolił, to może dla zasady zostałbym uwalony, no bo przecież oficjalnie te książki nie istniały, równie dobrze mogłem się powoływać na to, co mi opowiedział gwiezdny pył. W gorszym wariancie mogło to zostać uznane za antypaństwową prowokację. Ale to był Rej. Wiem, że doszło do jakichś przepychanek między moimi nauczycielami i wysłannikami kuratorium, ale dostałem piątkę, najwyższą ocenę. A moja szkoła, i tu już zahaczamy o zawsze przeze mnie cenione absurd i surrealizm, zgłosiła moją pracę do wówczas bardzo cenionego i prestiżowego konkursu prac maturalnych „Życia Warszawy”. I jak gdyby nigdy nic dostałem wyróżnienie. A samej pracy oczywiście nie wydrukowano. Mimo wszystko to jednak był rok 1987.
Wcześniej w Reju (etap: będę zawodowym rewolucjonistą) redagowałem swoją pierwszą gazetę. Konkretnie gazetkę ścienną, w gablocie z tekstami przepisywanymi przeze mnie na maszynie wieczorami w domu i zdjęciami, które robiłem w szkole radzieckim aparatem Zenit. Wszystkie były lekko nieostre, bo jeszcze nie wiedziałem, że mam wadę wzroku, a o autofokusie w Zenicie można było pomarzyć. Przeżywałem dole i niedole redaktora, bo ten i ów obraził się za podpisy pod zdjęciami albo że wyszedł na nich głupio. No i wkradła się polityka. Zrobiła się afera o tekst o marcu 1968. Profesor Tazbirowa, która była formalnym opiekunem gazetki, powiedziała, że muszę go zdjąć. Próbowałem tłumaczyć, że to sama prawda historyczna, a ona przecież uczy nas szacunku do prawdy, brnąłem pięknie. Tazbirowa popatrzyła na mnie tym swoim stalowym spojrzeniem dopełnionym ironicznym uśmiechem, który można by przetłumaczyć na język mówiony mniej więcej tak: „Nie chrzań, synku (pani profesor nigdy by tak nie powiedziała, ale sens był dokładnie taki), dobrze wiesz, że przesadziłeś, teraz pajacujesz”. A powiedziała: „Nie czaruj i zdejmuj”. Prawda też była taka, że kiedy do Reja przychodziłem, ze szkołą żegnał się jej wieloletni i bardzo lubiany dyrektor Witold Kaliński. Jak wieść wśród uczniów i po Warszawie niosła, za to, że pozwolił uczniom na zrobienie okolicznościowej gazetki z okazji Nobla dla Lecha Wałęsy. Ostatnie, czego bym chciał, to zaszkodzić profesor Tazbirowej.
A ona pewnie miała w tyle głowy Emila Barchańskiego. Był starszy ode mnie o trzy lata, chodziliśmy do tej samej podstawówki, w jego niewielkim bloku mieszkali moi koledzy z klasy, więc się na niego natykałem na podwórku czy po mieszkaniach. Poszedł do Reja. Na początku stanu wojennego, w marcu 1982 roku został aresztowany w podziemnej drukarni, gdy drukował książkę Michnika. Ciężkim biciem esbecy zmusili go do złożenia fałszywych zeznań, które później odwołał. Miał sprawę w sądzie. Kilka dni przed swoimi 17. urodzinami, na początku czerwca 1982 roku pojechał nad Wisłę i zaginął. Wyłowiono go martwego kilka dni później. Wedle wersji oficjalnej kąpał się i utonął, ale jego matka mówiła, że Emil nienawidził wody. Nie wchodził do niej nawet nad morzem, nie chodził na basen. A jego zwłoki znaleziono w górę rzeki od miejsca, gdzie miał rzekomo utonąć, czyli musiałby po śmierci popłynąć pod prąd. Nie było o nim tak głośno jak o zamordowanym rok później Grzegorzu Przemyku, ale Rejacy w większości jego historię znali. Później został uznany za najmłodszą ofiarę stanu wojennego. Po wielu latach prezydent Lech Kaczyński odznaczy go pośmiertnie Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, a jego matka powie: „On się nie bał. Pewnego dnia powiedział, że my należymy do pokolenia przestraszonych, natomiast jego jeszcze nie zdołali przestraszyć”.
Kiedyś razem z kolegami z klasy, Tomkiem Drągowskim (wtedy fan Slayera, Megadeth i w ogóle thrash metalu, a dzisiaj nobliwy radca prawny) i Ewą Kulabko (późniejszą fotoedytorką „Vivy”, a następnie wewnętrzną emigrantką w Beskidzie Niskim) rozlepialiśmy i rozrzucaliśmy po szkole ulotki „Solidarności”. Ja kleiłem, oni mnie zabezpieczali. No tyle że zapomnieliśmy o jednym przejściu, z którego wyłoniła się profesor Drozdowska, przez chwilę dyrektorka szkoły po Kalińskim, a przede wszystkim sekretarz POP PZPR, czyli Podstawowej Organizacji Partyjnej Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej w naszej szkole. Zobaczyła mnie, zamarłem, odwróciła wzrok, poszła dalej, nigdy ani pół słowem nie nawiązała do tego spotkania. Choć rugała wielokrotnie za zwyczajne chuliganienie, w rodzaju gonienia się po pobliskim skwerze z zaschniętymi psimi kupami nadzianymi na patyki. I choć wielokrotnie i regularnie później pojawiały się w szkole ulotki „Solidarności”.
Tuż przed maturą wezwał mnie kolejny dyrektor, Janusz Węgiełek, który próbował zgrywać czujnego ideowo, ale w sumie nikomu krzywdy nie robił. A wezwał mnie, żeby postraszyć, że nie zostanę dopuszczony do egzaminu dojrzałości.
– A za co panie dyrektorze?
Naprawdę nie wiedziałem, bo w drugim semestrze klasy maturalnej postanowiłem się uspokoić pod każdym względem, żeby jednak trochę do egzaminów się pouczyć i na przykład je zdać.
– Już ty, Meller, nie udawaj. Za chwilę najważniejszy egzamin w twoim życiu, a ty jakieś głupie prowokacje urządzasz, które mają zaszkodzić sojuszom naszego państwa! A ja przez ciebie mam problemy! Chcesz wylecieć tuż przed końcem liceum?
Za cholerę nie wiedziałem, o co chodzi, i w tej nieświadomości opuściłem dyrektorski gabinet, nie wiedząc, czy mnie wyrzucą, czy może zawieszą. Na korytarzu dopadł mnie Michał Wójcik, z klasy klasycznej rok niżej (późniejszy reporter radia Zet, a dzisiaj naczelny „Focusa”) i zapytał podekscytowany, bowiem jak widać wieść, że mnie wezwali na dywanik już się rozeszła:
– No i co? No i co? Dostało ci się za Karmala?
– Jakiego Michał, kurwa, Karmala?
No i się okazało, że Wójcior wraz z kolegami z klasy, Markiem Węcowskim (dzisiaj profesorem Uniwersytetu Warszawskiego i wybitnym historykiem starożytnej Grecji) i Maćkiem Wąsikiem (późniejszym wiceszefem Centralnego Biura Antykorupcyjnego za Mariusza Kamińskiego, dzisiaj politykiem PiS-u) postanowił zaprotestować przeciwko wizycie w Warszawie Babraka Karmala, sowieckiego namiestnika na Afganistan. A że Karmal miał jechać pod Grób Nieznanego Żołnierza na tradycyjne złożenie wieńców ulicą Królewską, czyli pod naszym liceum, to chłopaki postanowiły wywiesić w oknie transparent z napisem solidarycą „Solidarni z Afganistanem”. Którego oczywiście nie zauważył ani Babrak Karmal, ani w ogóle nikt poza ciotką, czyli szkolną woźną, która poleciała do dyrektora, no, a dyrektor jak zobaczył tak zwaną szmatę, to miał jedno skojarzenie: Meller. Aha, dodajmy, że chłopcy powiesili transparent do góry nogami. Do matury mnie dopuścili, a parę tygodni później dostałem się na historię na Uniwersytecie Warszawskim.

