Grzegorz Łyś, „Dzikie rządze. Bronisław Malinowski nie tylko w terenie”

DZIKIE ŻĄDZE, CZYLI JAK BRONIO ZDOBYŁ ŻYCIE

Mój pierwszy kontakt z antropologią pamiętam równie wyraźnie jak pierwszego papierosa czy pierwszy pocałunek, wszystkie zdarzyły się w podstawówce w kolejności:

  • antropologia,
  • fajki,
  • pocałunek.

O ile punkty drugi i trzeci raczej nie wywołają niczyjego zdziwienia, o tyle powstaje pytanie, co tu robi punkt pierwszy? Ano, szperając w połowie podstawówki po biblioteczce taty, natknąłem się na dzieło o elektryzującym tytule Życie seksualne dzikich autorstwa Bronisława Malinowskiego. Podnieciłem się okrutnie w całkiem jeszcze niewinny sposób i pożyczyłem bez pytania książkę, by oczywiście zanieść ją następnego dnia do szkoły i pochwalić się przed kolegami. Jakież było nasze rozczarowanie, gdy okazało się, że w tomiszczu nie ma niczego tego, na co liczyliśmy. Miał być seks! Dziki! Dziki seks! Seks dzikich! A tu jakieś nie wiadomo co, jak z programu przyrodniczego puszczanego w niedzielę w telewizji.

Na tym chyba urwał się na wiele lat mój kontakt z antropologią, który odnowiłem na studiach historycznych, ale przyznaję bez bicia, że o ojcu współczesnej światowej antropologii, pochodzącym z Krakowa przyjacielu Witkacego, wiedziałem do dzisiaj tyle, co z zapomnianego podręcznika. Tak Bogiem a prawdą, została tylko zbitka „Malinowski – życie seksualne dzikich”.

Na szczęście lubię biografie i na szczęście Grzegorz Łyś napisał Dzikie żądze, świetną, wciągającą, mądrą, skrzącą się wiedzą, anegdotami i wysmakowanym, ścichapęk poczuciem humoru biografię polskiego giganta, który dla anglosaskiej i światowej nauki stał się tym, kim Joseph Conrad/Józef Korzeniowski dla literatury. Swoją drogą, gdy autor Jądra ciemności był już międzynarodową sławą, a młody Bronio studentem London School of Economics, powiedział żonie swego patrona naukowego: „Będę Conradem antropologii”.

W osobie Łysia Malinowski, „ten niezwykły, bardzo trudny dla siebie i innych człowiek”, doczekał się znakomitego biografa. Autor przekopał się przez ocean źródeł, by lekkim piórem opowiedzieć o fascynującym życiu na kilku kontynentach. Mam egzemplarz pokreślony na marginesach, tyle tam świetnych cytatów i anegdot. Jest życzliwe dla czytelnika przybliżenie wiedzy naukowej i jest świetne poczucie humoru, co w przypadku bohatera znanego z ironii, sarkazmu i inteligentnej złośliwości ma istotne znaczenie.

Świetnie się ten koktajl sprawdza, gdy autor opisuje, jakie znaczenie dla przyszłych rewolucyjnych badań Malinowskiego na Wyspach Trobrianda miała przesiąknięta hipokryzją, toksyczna atmosfera Krakowa, rozpiętego między dulszczyzną a ladacznicami, ożywiającego się najbardziej na pogrzebach znamienitości („Jeśli zejść z tego świata, to tylko w Krakowie. Tam nieboszczyk wie, że umarł”).

Ładnie Łyś opisuje formacyjną przyjaźń Malinowskiego ze Stasiem Witkiewiczem, przyszłym demonicznym Witkacym, i Leonem Chwistkiem, przyszłym wybitnym logikiem matematycznym, malarzem, teoretykiem sztuki. Pisze autor: „Bez Witkiewicza nie byłoby Malinowskiego (…) Nie da się zrozumieć twórcy funkcjonalizmu jako naukowca i człowieka bez wzglądu w życie i dzieło jego najbliższego przyjaciela, Witkiewicza. Dopełniali się jak dwa kontrastujące kolory”. Witkacy w 622 upadkach Bunga upamiętni przyjaciela jako księcia Nevermore.

I nie byłoby Malinowskiego bez Podhala. Ale nie tego ckliwego „zawsze Bogu wiernego” z czytanek dla dzieciątek. Jak pisał w drugiej połowie XIX wieku wielebny Józef Stolarczyk, który de facto nawrócił górali: „Lud to dziki, chytry i chciwy, mało kto Ojcze Nasz uczciwie zmówić potrafił”. I jak dodaje autor: „Swą rezerwę wobec praktyk religijnych górale zakopiańscy kurtuazyjnie tłumaczyli niechęcią do naprzykrzania się Panu Bogu (…) Jeszcze w 1882 roku etnograf August Wrześniowski pisał: nie należy zapominać, że do dziś dnia Podhalanie są na poły dzicy i nie wyszli jeszcze z pierwotnego stanu dzikiej natury”. Ich swobodne zwyczaje seksualne były szokiem dla wychowanego w dusznym, zakłamanym Krakowie Malinowskiego.

„Bolesna, zwłaszcza dla dojrzewającego młodzieńca, różnica między cielesnymi uciechami młodzieży podhalańskiej a pełną hipokryzji i opresji seksualnością cywilizowanych mieszkańców Galicji stała się prawdopodobnie jednym z motywów podjęcia przez doktora Malinowskiego pionierskich badań nad życiem seksualnym dzikich”.

Mógłbym tak długo przywoływać fragmenty. Lepiej po prostu sami poczytajcie o Broniu, chorowitym, krótkowzrocznym jedynaku, neurasteniku, notorycznym hipochondryku, który „był doskonałym materiałem na nieporadną ofiarę losu”, a stał się „wielkim zdobywcą życia”, jak to ujął jego przyjaciel Staś Witkiewicz.

Udostępnij:
7