„2000 metrów do Andrijiwki”

„To jak lądowanie na obcej planecie, gdzie wszystko próbuje cię zabić. Ale to nie inna planeta, lecz środek Europy.” – mówi jeden z bohaterów „2000 metrów do Andrijiwki”, być może najlepszego wojennego filmu dokumentalnego, jaki widziałem w życiu.

Jesień 2023 roku. Trwa ukraińska kontrofensywa, której celem jest strategicznie położona wieś Andrijiwka. Żołnierzy Trzeciej Brygady Szturmowej dzieli od niej dwa tysiące metrów wąskiego, spalonego lasu między dwoma polami minowymi. Walka będzie szła o każdy metr.

Ukraiński reżyser Mścisław Czernow (Oskar za „20 dni w Mariupolu”) i jego kolega z agencji AP – Alex Babenko – są razem z żołnierzami: w okopach, ziemiankach, transporterach. Czołgają się i kryją. Oglądamy obraz walk oczami żołnierzy, z kamer na hełmach; wrażenie jest obezwładniające. Ktoś jest ranny, ktoś ginie. Nie chcę używać żadnych mocnych przymiotników, bo każdy z nich jest zbyt słaby i zbyt pretensjonalny wobec tego obrazu, który jest czymś więcej niż filmem.

U Czernowa nie ma patosu, sądów, komentarzy, tanich wzruszeń. Gdy momentami ustają walki, przepytuje żołnierzy, którzy tak naprawdę nie są żołnierzami. Żyli normalnym życiem: jeden był studentem, inny kierowcą ciężarówki, gdy Rosja zaatakowała ich kraj. Jeden z nich prosi, żeby go nie filmować, bo niczym jeszcze nie zasłużył, by czynić z niego bohatera. Niebawem zginie. Tak jak kilku innych sympatycznych chłopaków, których obserwujemy i możemy tylko wzdychać kolejne „o Jezu”.

Reżyser niczego nie podkręca, groza i napięcie budują się same; wszystko jest boleśnie autentyczne, zero kreowanej sensacji, sloganów, tez. Każdy widz zostanie ze swoimi myślami. Ja zostałem z takimi, że świętą rację ma prezydent Nawrocki, iż w relacjach polsko-ukraińskich zbyt mało jest wdzięczności. Bo nasza polska wyobraźnia jest zbyt uboga, by ogarnąć, jaką cenę płacą Ukraińcy za wolność nie tylko swoją, ale i naszą, polską.

Bo każdy z tych chłopaków, którzy zginęli w spalonym lesie na drodze do Andrijiwki i na każdym z ukraińskich pól bitewnych, opóźnił o chwilę ruskie szwadrony na polskiej granicy. Bo każdy zabity agresor to o jednego mniej do napaści na nasz kraj. Więc tak, jestem wdzięczny. Każdego dnia.

I myślę, że część dzisiejszej polskiej niechęci do Ukrainy wynika z tego, że tak dumni z naszej bohaterskiej przeszłości, stanęliśmy wobec tragedii i heroizmu, które nas przerastają, wymykają się naszemu rozumieniu świata. Kiedy Ukraińcy postawili się agresji zimą 2022 roku, biliśmy brawo. Ale cztery lata później? Oni tak na serio? Codziennie składać daninę krwi? Codziennie opłakiwać najlepszych synów i córki kraju? Więc ich bezprzykładny heroizm zaczął w Polsce wielu ludzi po prostu wk*rwiać, co skwapliwie wykorzystują agentura i łajdacy.

A „2000 metrów do Andrijiwki” powinno się pokazywać w ramach resocjalizacji, na przykład wysługującym się Rosji złodziejom sklepowym. Wszyscy inni mogą zobaczyć dokument Mścisława Czernowa na CANAL+ Polska.

Udostępnij:
7