Najpierw podjarała się siostra, kiedy przeczytała w oryginale. Potem zaczęła męczyć mnie najlepsza z żon, a kiedy odpowiadałem, że fantasy to nie dla mnie, bo tak mi się kojarzyła Rebecca Kuang (Wojny makowe, Babel), małżonka fuknęła, że Yellowface to coś zupełnie innego. Trochę na odczep się postanowiłem zajrzeć i przepadłem.
No to po kolei.
Kurde, autorka ma tylko 27 lat.
Nie czytałem chyba niczego śmieszniejszego o branży wydawniczej i nie ma znaczenia, że Amerykanka chińskiego pochodzenia pisze o Nowym Jorku, a ja pracuję w Warszawie. Jak to uroczo przeczytać, że tam za oceanem, hen w wielkim świecie, też wszyscy autorzy nienawidzą swoich wydawców, a wydawcy uważają, że autorzy to neurotycy o zrytych dyniach. Więc drodzy autorzy, wydawcy, redaktorzy, promotorzy, dziennikarze, bookstagramerzy, tiktokerzy, bierzcie się za Yellowface i rżenie (czasem bolesne) będzie wam dane. A jak kto nie z branży, to będzie miał radochę, jak ja, oglądając Diabeł ubiera się u Prady. A Wy, czytelnicy, chcecie zobaczyć, jak się tą książkową kiełbaskę wyrabia w czasach mediów społecznościowych? Co decyduje, że jakiś tytuł staje się bestsellerem? Czytajcie Kuang.
Po wtóre, to przenikliwy i demaskatorski obraz świata kultury czasów Wielkiego Oburzu, wojen kulturowych i nieustannych oskarżeń o zawłaszczenia kulturowe, rasizm i inne zbrodnie, za które karą jest kancelowanie, unieważnianie, śmierć środowiskowa i branżowa. Na małą skalę mamy już z tym do czynienia w Polsce. Gdyby Kuang była biała, zostałaby za Yellowface zapewne ukrzyżowana przez rozmaitych inkwizytorów ciągle zmieniających się i coraz bardziej agresywnych poprawności, ale że jest z pochodzenia Chinką, wolno jej więcej i smacznie z tej wolności korzysta.
Po trzecie, Yellowface świetnie pokazuje, i to literacko, świat naszych gównoburz internetowych, rzeczywistość, w której nieustająco stąpa się po kruchym lodzie, bo w każdej chwili można pobudzić zbiorowisko zaburzonych osobników z sieci, dla których szczucie, polowanie i wyrzyg są najlepszą rozrywką i sensem istnienia.
Po czwarte, powieść Kuang to list miłosny do literatury i piękna opowieść o sile narracji i cudzie tworzenia. O geniuszu, oryginalności, zapożyczeniach i kradzieży. O pisaniu jako leku na całe zło.
No i wreszcie, to totalnie wciągające czytadło, zahaczające o thriller. Pyszota jednym słowem.
A teraz zawieszam mój brak entuzjazmu dla fantasy i biorę się za Babel.
Przełożył Grzegorz Komerski.

