Stara miłość nie rdzewieje. Za sprawą wydawnictwa ArtRage, które wydaje nowe powieści Arturo Péreza-Revertego i wznawia jego klasyki, wróciłem do Mistrza. I kupiłem na Allegro dwa tomy trylogii z czasów wojny domowej w Hiszpanii 1936–1939: „Falcó” i „Evę”. Trzeciego nie, bowiem w Polsce już go nie wydano — widocznie te dwa tak kiepsko się sprzedawały.
A ja je polubiłem, i to nawet bardzo. Kiedy się ukazały i teraz, czytając ponownie. Hiszpan jest znakomity w budowaniu cynicznych bohaterów, ale Lorenzo Falcó to absolutne złoto w tej kategorii. Zakała szlachetnego rodu, wyrzucony z akademii marynarki wojennej za uwiedzenie żony wykładowcy, odciął się od konserwatywnej rodziny ku jej nieskrywanej uldze. Handlarz bronią, zwerbowany przez Admirała — jednego z szefów wywiadu Republiki Hiszpańskiej. A gdy Admirał wsparł pucz Franco, Falcó poszedł za dowódcą i tak jak wcześniej szpiegował i zabijał dla Republiki, tak teraz czynił dla narodowców, wierny tylko szefowi, sobie i słabości do kobiet. Po jednej stronie on, po drugiej wszyscy inni.
„Dla Falcó słowa ojczyzna, miłość albo przyszłość nie miały żadnego sensu. Był człowiekiem chwili, do tego został wyszkolony. Wilkiem w mroku. Zachłannym i niebezpiecznym.” Gardził dekownikami, szanował tych, co na pierwszej linii — obojętne, narodowcy czy czerwoni. „Najlepsza piechota świata przeciw najlepszej piechocie świata.” Był bezczelny wobec przełożonych, kpił z wzniosłych słów.
Mamy więc pierwszoligowego bohatera i mamy świetny, bezwzględny opis okrutnej, barbarzyńskiej wojny domowej. Pérez-Reverte był doświadczonym korespondentem wojennym (jego „Terytorium Komanczów” to jedna z najlepszych rzeczy, jakie przeczytałem o dziennikarzach na wojnie), ma czucie historii i absurdu — świetne połączenie, które znajduje ujście w „Falcó” i „Evie”.
W tej drugiej powieści jest kapitalna scena, gdy w nocnym klubie w neutralnym marokańskim Tangerze siedzą na dwóch końcach sali marynarze walczących ze sobą stron: narodowcy i czerwoni. Patrzą na siebie spode łbów, rzucają zniewagami. I kiedy wydaje się, że rzucą się na siebie, do klubu przychodzą angielscy marynarze i, nabuzowani, wszczynają bijatykę z czerwonymi. Narodowcy patrzą obojętnie na mordobicie, które ich rodacy przegrywają, do momentu kiedy Anglicy rzucają do czerwonych: „plugawi Hiszpanie”.
Bosman narodowców „pokiwał głową z rezygnacją, z fatalizmem jakby nagle odkrył, że nie pozostaje mu nic innego niż to, co zamierza zrobić. Kiedy podniósł się niemal niechętnie, Falcó odniósł wrażenie, że westchnął ciężko. Potem chwycił za szyjkę butelkę stojącą przed nim, rozbił ją o kant stołu i rzucił się na Anglików, a jego ludzie za nim.” A kiedy wspólnie, ponad morderczymi podziałami, roznieśli Anglików, stali na ulicy, przypatrywali się sobie, zaciekawieni, zdziwieni, nie wiedząc, co powiedzieć. Wymienili ostatnie spojrzenia i rozeszli się na swoje statki, by dalej ze sobą walczyć na śmierć i życie.
„Może na tym właśnie — powiedział sobie Falcó — polegała różnica między dwiema Hiszpaniami. Między jednym a drugim bestialstwem. Nie chodziło nawet o odwagę, bo tej nie brakowało po żadnej stronie. U frankistów miała miejsce planowa przemoc pod jedną komendą, systematyczna eksterminacja wszystkiego, co pachniało demokracją, wolnością i ateizmem, pod hasłem narodu zjednoczonego, religijnego i silnego ponad wszystko. Dlatego w Salamance zaczynało się mówić o krucjacie: wojnie totalnej, prowadzonej przez zawodowych wojskowych, którzy bez pardonu sięgali po krwawy terror jako ostateczną broń. Po stronie Republiki zaś odbywał się popis improwizacji, oportunizmu i demagogii; szumowiny wypuszczone na ulicę po otwarciu więzień, przeobrażone w milicjantów, wydające na alkohol i kobiety to, co zdobyły, rabując i mordując bezkarnie; uzbrojony lud, suweren chaosu, wyrównujący rachunki; zabójcza nienawiść nie tylko wobec frankistowskiego wojska, lecz także wobec członków własnej drużyny; partie i frakcje skaczące sobie do gardeł, niezdecydowane, czy wygrywać wojnę, czy robić rewolucję, niezdolne do skoordynowania wspólnego wysiłku, wymykające się spod kontroli rządzących i polityków oderwanych od rzeczywistości, podzielonych, nieudolnych i bezsilnych. Dlatego wygrają tamci — stwierdził obiektywnie Falcó. Faszyści, jak mówiła milicjantka. Byli wyzbyci demokratycznych skrupułów, bardziej kryminalnie zdyscyplinowani, silniejsi. Wygrają bez wątpienia, nawet gdyby to miało potrwać. A on miał nadzieję, że dożyje, by się o tym przekonać. Kiedy wszystko się skończy, zabraknie grobów”.
Jest też w tych powieściach naprawdę znakomita niemiłosna historia miłosna. A mnie przypomniały, dlaczego Hiszpan jest arcymistrzem wykwintnej literatury popularnej.
Wydawnictwo ArtRage

