Mam hopla na punkcie jedzenia. Ilość – wiadomo, jakość – wiadomo, ale dziwne klimaty w nieoczywistych miejscach – och tak, tak!
Kiedy byłem pierwszy raz na Sardynii, przypomniałem sobie opowieść o casu marzu, czyli „zgniłym serze.” Bruksela zakazała jego sprzedaży, kierując się głęboką troską o higienę Sardyńczyków. Fakt faktem, że przyrządzanie casu marzu jest co najmniej specyficzne. W bryle owczego sera robi się dziury szpikulcem i wpuszcza w nie larwy much, aby ryły, podjadały (podlewa im się też kropelkami owcze mleko), defekowały, i tak w kółko, aż otrzymamy pożądany efekt końcowy, który bardzo chciałem poznać, a nie mogłem kupić w sklepie.
Udałem się więc do knajpki wiecznie uśmiechniętego Angelo, wyglądającego skądinąd jak ciemnowłosa wersja Johna Cleese’a z czasów Monty Pythona. Popołudnie przechodziło w wieczór, ale restauracja była jeszcze zamknięta po sjeście; Angelo popijał przy barze białe vermentino z dwoma kolegami. Panowie zaprosili mnie do towarzystwa, wręczyli kieliszek i po wymianie grzeczności zapytałem o podziemny produkt mleczarski. Wpadli w zachwyt nad mym zainteresowaniem, a Fabio grzmotnął się w pierś, wychylił kieliszek i rzekł: „Idziemy do mnie!” Mieszkał po drugiej stronie ulicy, na podwórzu tonącym w kwiatach. Szybko pokroił bagietkę, nalał do kieliszków filu e ferru, czyli „żelazny drut” – zapewniam, że ów napój zdecydowanie jest godzien swej nazwy – no i najważniejsze, wyjął z lodówki mroczny ser pożądania. Co wam będę mówił. Może i larwy, może i obleśne, ale jeżeli kiedykolwiek traficie na Sardynię, pytajcie o casu marzu. Jeleń na rykowisku w gębie.
Przypomniałem sobie ten boski smak podszyty nielegalem, gdy w me ręce wpadł Atlas osobliwości kulinarnych. Toż to biblia dla takich świrów jak ja! (mój casu marzu pyszni się na str. 27). Doceniam uwagę wydawcy na początku tego wspaniałego dzieła: „Nie wszystko, co zaprezentowano w książce, należy jeść. Niektóre opisywane potrawy są ciekawostkami, o których warto się dowiedzieć, ale ich spożywanie jest szkodliwe. Jeśli chodzi o resztę – zachęcamy do spróbowania.”
I cieszę się jak dziecko w fabryce biszkoptów, przeskakując z kraju do kraju na łamach tego przedziwnego atlasu, uśmiechając się i krzywiąc na przemian. Cóż to za fiesta różnorodności i niezwykłości przeróżnych kultur i cywilizacji, których przedstawicieli łączy miłość do jedzenia i szeroko rozumianej kultury kuchni. A że rzecz ładnie wydana, to nawet jeśli świata nie widzisz poza schabowym i sushi, właśnie ci podpowiedziałem idealny pomysł na prezent. Nie dziękuj.
Wydawnictwo Sonia Draga

