Arturo Pérez-Reverte, „Ostatnia zagadka”

Mam cudną błyskotkę dla fanów Sherlocka Holmesa i Arturo Péreza-Reverte. Hiszpan, którego wielbię od czasów „Szachownicy flamandzkiej”, zabawił się przednio i napisał kryminał łączący style Artura Conan Doyle’a, Agaty Christie, Ellery’ego Queena, uśmiechając się do Edgara Allana Poego, Gastona Leroux i paru innych typków. Nawet d’Artagnan został doceniony jako detektyw w „Wicehrabim de Bragelonne”.

Żeby było jeszcze lepiej, głównym bohaterem uczynił fikcyjnego aktora u schyłku kariery, który zyskał światową sławę, grając Sherlocka w kilkunastu filmach złotej epoki Hollywood.

(Komentarz czytelniczki Edyty Mydłowskiej-Krawcewicz: „Nie do końca ten bohater jest fikcyjny, jego biografia, wygląd, filmografia bardzo podobna do życiorysu Basila Rathbone’a. Rzeczywiście wiele lat Sherlock Holmes miał jego twarz.”)

Mamy rok 1960 i nasz bohater, Hopalong Basil, trochę przypadkiem trafia do hoteliku na wysepce nieopodal Korfu. Zrywa się sztorm, wyspa zostaje odcięta od świata i oczywiście jeden z gości zostaje zamordowany. Trzynastu podejrzanych, z narratorem włącznie – absolutna klasyka, opowiedziana przez jednego z najlepszych żyjących autorów inteligentnej sensacji. I zabawa polegająca na tym, że aktor grający Holmesa i znający jego sposób myślenia na pamięć musi poprowadzić śledztwo.

Zagadka kryminalna i jej rozwiązanie są satysfakcjonujące, ale ile jest tu dodatkowych smaków! „Ostatnia zagadka” to uroczy hołd złożony wielkiej epoce kina. Nasz bohater znał wszystkich, więc nie szczędzi opowiastek o Erolu Flynnie, Marlenie Dietrich, Davidzie Nivenie, Humphreyu Bogarcie, Grecie Garbo, Billym Wilderze, Henrym Fondzie, Kirku Douglasie, Alfredzie Hitchcocku, Johnie Wayne’ie, Carym Grancie, Ricie Hayworth, Kim Novak, Grace Kelly, Spencerze Tracym… Borze szumiący, kogóż tu nie ma! Aż widziałem banana na twarzy Péreza-Reverte, jak się bawił, pisząc to cacko.

No i wiele u mistrza ładnych zdań, na przykład:

„Kino tylko wtedy jest prawdziwe, kiedy stara się takie nie być. Kiedy jest kłamstwem.”

Albo:

„W walce między dobrem a złem powieści Conan Doyle’a przynosiły ulgę inteligentny sposób. Były swego rodzaju paktem między autorem a czytelnikiem, który w pewnym sensie wyrzekał się swojej dorosłej rzeczywistości i zmysłu krytycznego.”

Są też gęste i smaczne odniesienia literackie – sam wynotowałem sobie kilku autorów do obczajenia. Myślę, że jest też subtelna autoironia. Pérez-Reverte niczego już nie musi, ma miliony na koncie, ale fakt faktem, że okres największej popularności ma za sobą. I chyba trochę obdarza sobą naszego Hopalonga.

„Nigdy nie byłem równie szczęśliwy jak wtedy, gdy czytałem Sherlocka Holmesa” – mówi jeden z bohaterów, skądinąd hiszpański pisarz tłukący po kilka sensacyjnych powieści rocznie. Ja byłem szczęśliwy, czytając „Ostatnią zagadkę”.

Przełożyła Katarzyna Okrasko

Udostępnij:
7