Matthew Perry, „Przyjaciele, kochankowie i Ta Wielka Straszna Rzecz”

Powiedzieć, że jestem psychofanem Friendsów, to nic nie powiedzieć. Oglądałem ich w telewizji, potem na płytach i w streamingach. Nasze dzieci zupełnym zbiegiem okoliczności zaczynały się rodzić w trakcie tego samego odcinka świątecznego z drugiego sezonu (The One with Phoebe’s Dad), bo gdy Ania była w zaawansowanych ciążach, zaczynaliśmy sobie puszczać od nowa wszystkie sezony. A potem bujałem dzieci nogą na bujadełku, żeby zasnęły, albo przynajmniej się nie darły, i uśmiechaliśmy się, i rżęliśmy zmęczeni, śledząc perypetie nowojorskiej paczki. Jakiś czas temu zrobiłem ranking moich ulubionych dwustu seriali i na pierwszym miejscu umieściłem właśnie Friendsów.

Przyjaciół traktowałem jak najlepszych przyjaciół. Kocham całą szóstkę z najlepszego castingu w historii telewizji, ale chyba największą słabość czułem do Chandlera. Ten najwspanialszy sarkazm świata (pamiętacie ten odcinek, w którym założył się, że potrafi się powstrzymać od kąśliwych komentarzy?), mieszanka ironii i wrażliwości, podszytej nieśmiałością i traumami. Szalony śmiech i jakiś taki nostalgiczny, refleksyjny smutek. Ta rola była tak genialna, bo ewidentnie Matthew Perry dawał część siebie samego. Teraz, po przeczytaniu jego autobiografii, wiem, jak dużą. I jak bolesną. Pierwsze dwa zdania ustawiają tę historię: „Cześć, mam na imię Matthew, chociaż być może znacie mnie pod innym imieniem. Przyjaciele mówią na mnie Matty. Powinienem już nie żyć.”

To napisana z subtelnym humorem przejmująca opowieść o demonach. O człowieku, który ma wszystko, którego kocha cały świat, a boi się własnego, niszczącego go umysłu. Który po latach chlania, ćpania i odwyków mógł doradzać i pomagać innym uzależnionym, często lepiej niż większość specjalistów, ale nie był w stanie pomóc samemu sobie, odegnać pochłaniającej go pustki. Nie usprawiedliwia się, opowiada i chce swoim pisaniem pomóc innym. I myślę, że paru ludziom pomoże.

Jest smutno, jest śmiesznie, sypią się anegdoty o wielkim świecie, kuchennym blacie, jest dużo czułości i wrażliwości. Dla fanów Przyjaciół czy niedocenionego „Studia 60”, które uwielbiam, lektura obowiązkowa. Wszystkich zmagających się z bólem życia – ciepło namawiam.

Kiedyś na Słowacji zatrzymała mnie drogówka i funkcjonariusz zapytał, czy płacę mandat, czy załatwimy to po człowieczeńsku. Przyjaciele, kochankowie i Ta Wielka Straszna Rzecz to bardzo człowieczeńska książka.

Wydawnictwo W.A.B.

Udostępnij:
7